wtorek, 14 października 2014

Rozdział Dwudziesty Czwarty.



Muzyka I

*Drobna informacja od autorki:
rozdział jest całkowicie pisany 
z perspektywy Rany*

*Rana*

*Jakiś czas później*

"Wpis 1.      19 czerwiec 2014r.
Już równe pół roku, dzień w dzień jestem zakładnikiem Dylana. Dopiero po sześciu miesiącach zgodził się, bym mogła kupić sobie zeszyt. Postanowiłam zrobić z niego coś na wzór dziennika. Mimo, iż jedynym czytelnikiem tego będę ja, to i tak opiszę mniej więcej, co się działo przez ten czas. Zacznę od tego wieczoru, kiedy to wszystko się zaczęło.
James osłaniał mnie swoim ciałem, kiedy O'Brien stawiał kroki w naszą stronę. Z podłoża podniósł naładowany pistolet, po czym wymierzył w mojego obrońcę.
Pamiętam, że się bałam.
 Znikąd pojawił się Luke, który biegł także w naszą stronę. Stanął przed Yammouni'm osłaniając go. Niecałą chwilę później otrzymał trzy strzały. Przestraszona krzyknęłam jego imię. Chłopak upadł na zimną od nocnego powietrza glebę. Kompani Dylana wykorzystali naszą nieuwagę, uwalniając się, następnie sprowadzając naszych przyjaciół do tej samej pozycji, w której oni byli przed chwilą. Brunet złapał mnie w pasie odciągając od miejsca akcji. Jego pozostali towarzysze dołączyli do nas; dwóch z nich ciągnęli rannego Brooks'a. Mi kazali zając środkowy rząd miejsc, na moich kolanach położyli Luke'a, który ledwo kontaktował. Nie kontrolowałam już łez wypływających z moich oczu, starałam się do niego mówić, żeby nie zasnął. Mężczyzna, bo nie wyglądał na nastolatka, który siedział za kierownicą ruszył, odjeżdżając. Bliźniak był w coraz gorszym stanie, więc postanowiłam zareagować.
- Dylan, proszę. Zawieź go do szpitala - ledwo wydusiłam łamiącym się głosem. Odwrócił się i spojrzał pustym wzrokiem, kolejno wyszeptując coś do kierowcy. - Zaprowadzasz go do recepcji, wracasz. Masz pięć minut od kiedy zatrzymamy się. Posey i Daniel zasłonią tablice rejestracyjne.
***
Zatrzymali się, musiałam zdążyć. Ten cały "Posey" i "Daniel" pomogli mi wyciągnąć poszkodowanego, jednak dalej nie miałam wyboru, miałam być samodzielna. Chwyciłam w pasie przyjaciela, prowadząc go do budynku, w którym mieli mu pomóc. Młoda kobieta zauważyła mnie zanim jeszcze przekroczyłam próg, więc szybko zareagowała. Zabrali Brooks'a w tempie natychmiastowym, nie marnując czasu. Pociągnęłam pielęgniarkę za rękę, na chwilę zatrzymując ją. Włożyłam jej w dłoń zwinięty kawałek papieru, spoglądając na nią.
- Proszę cię, napisz na ten numer, kiedy będzie wiadomo, co z nim i czy z tego wyjdzie - wyszeptałam, a dziewczyna zdziwiona na mnie popatrzyła. W jednej sekundzie usłyszałam klakson samochodu, co oznacza, iż mój czas minął. 
Mniej więcej tyle. Parę dni później dostałam od tej dziewczyny SMS'a, że stan Luke'a jest stabilny i mam się nie martwić. Tego samego dnia, gdy dostałam wiadomość, mój "porywacz" dowiedział się o telefonie, który przetrzymywałam, po czym zabrał mi go. 
 Nie byłam źle traktowana, nie byłam bita, krzywdzona. Owszem, oberwało mi się od czasu do czasu za pyskowanie, lecz tylko od "szefa" gangu.
Mieszkaliśmy w różnych częściach Stanów. Tak, Stanów. Jeszcze tego samego dnia wylecieliśmy do Los Angeles, a później jeździliśmy wszędzie. Od L.A, przez Seattle, po same Columbus. Jak narazie wynajmujemy mieszkanie w Atlancie. Co do kontaktów, to poznałam historię wszystkich, prócz samego Dylana. Najbliżej jestem z Tylerem Posey'em. Reszta też nie jest jakoś "daleko". Z Tylerem Hoechlin'em mogę się śmiało powygłupiać; z Coltonem porozmawiać szczerze, czy wybrać się na zakupy, natomiast z Danielem najczęściej uczę się dalszego materiału lub po prostu czytamy razem książki.
Na szczęście mamy kilka pokoi. Jeden dzieli Daniel z Coltonem, drugi Hoechlin z O'Brien'em, a trzeci ja z Posey'em. Dzięki temu mogę spokojnie pisać tą notkę, bez obawy o przeczytanie.
Tak, czy siak, to koniec dzisiejszej, pierwszej notki. Jest godzina 23.09, ja kończę pisać. Do jutra (?)."
 Zamknęłam notes, zgasiłam lampkę przy biurku. Wzdychając odłożyłam powiernika moich myśli pod łóżko. 
- Długo jeszcze? - Zapytał mój współlokator.
- Myślałam, że śpisz - przymknęłam okno, które wpuszczało zimne, zbyt zimne powietrze.
- Jeszcze wczesna godzina - skomentował przykrywając się szczelniej kołdrą.
- Dylan już śpi? - spytałam siadając obok niego.
- Nie, wybrał się z chłopakami do klubu. Dlaczego pytasz? - odpowiedział spoglądając na mnie.
- Mogę iść do jego pokoju? - wzrok chłopaka zmienił się na zdziwiony.
- Po co chcesz wchodzić do jamy lwa? Chcesz go sprowokować? - zaśmiałam się na jego stwierdzenie.
- Po prostu lubię przebywać na balkonie i słuchać starych płyt Beatles'ów - wyznałam, na co tym razem zaśmiał się Tyler. Nadal będąc na łóżku przyjął pozycję siedzącą, po czym delikatnie się uśmiechnął.
- Jesteś taka jak Su, to aż zadziwiające - zmarszczyłam brwi na wzmiankę o zmarłej siostrze O'Brien'a. Nigdy nie mówili o niej, wolałam nawet nie wspominać, bo uważałam, że to drażliwy temat.
- W takim razie, pójdziesz ze mną? - udałam, iż nie usłyszałam poprzedniego stwierdzenia.
- Pewnie - spokojnie oznajmił, wstając z łóżka.
Przeszliśmy przez wielki salon wyposażony w najnowszą konsolę xbox; wielki plazmowy telewizor, a także w stos gier. Otworzyliśmy drzwi pokoju dzielonego przez Hoechlin'a i Dylana, wchodząc do środka.
- Mamy jakieś zadania na jutro? - zajęłam miejsce na kafelkach balkonu w między czasie, gdy Ty włączał muzykę.
- Musimy zrobić zakupy, zapłacić rachunki, odebrać pocztę, załatwić kilka spraw na mieście ogółem - zaczął wymieniać. Uśmiechnęłam się do niego, ale zauważywszy jego dziwną minę, nie wiedziałam, co mam zrobić. - Mogę zadać ci pytanie?
- Jasne - umiejscowiłam się naprzeciw niego, by lepiej go widzieć.
- Myślisz czasami o nich? O powrocie do Mystic Falls? - to pytanie zbiło mnie kompletnie z tropu. 
Nie myślałam o tym. Od kiedy postanowiłam odejść, wiedziałam, że będzie to dla mnie rutyną. Przyzwyczaiłam się do nie widzenia przyjaciół, rodziny, znajomych. Teraz moi "porywacze" stali się dla mnie rodziną? A raczej czymś pomiędzy przyjaciółmi, a rodziną. Chciałabym wiedzieć, co u nich, ale gdybym wróciła, to by wszystko zniszczyło. 
- Nie. To nie jest realne,  szczerze powiedziawszy, nie chcę tego - wyznałam.


***
Dni w Atlancie zazwyczaj były gorące, bądź upalne. Dzisiaj była właśnie taka pogoda, która idealnie nadawała się na zakupy. Minęła godzina piętnasta, a my od samej dziewiątej jeździmy po mieście. Na sam koniec zostawiliśmy zakupy. Weszliśmy do środka marketu, Tyler prowadząc wózek, ja z kartką w ręce. Rozerwałam papier na pół, po czym jedną część podałam chłopakowi. 
- Widzimy się przy kasie - rozdzieliliśmy się, idąc w swoje strony. 
Gdy znalazłam wszystko, czego potrzebowałam, postanowiłam wybrać się jeszcze na stoisko ze słodyczami. Zgarnęłam z regału ulubione żelki oraz kilka batonów, po czym zawróciłam, by poszukać przyjaciela, lecz zderzyłam się z czyimiś plecami. Nie patrząc na osobę, zarumieniłam się ze wstydu, przeprosiłam i ruszyłam dalej...
- Rana? - zamarłam w połowie kroku, słysząc jego głos. Niepewnie odwróciłam się, spotykając byłego chłopaka. 
Nic się nie zmienił od kiedy ostatni raz go widziałam. Brak okularów, ubrania, które teraz z pewnością były droższe, roztrzepana fryzura.
- Co ty tutaj robisz? Zniknęłaś sześć miesięcy temu. Chociaż nie, porwali cię - patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Skąd tyle wiedział? To niemożliwe, kto mu powiedział? - Uciekłaś im?
- Nie - zaprzeczyłam - to długa historia. A co ty tutaj robisz?
- Tak samo. Masz czas, żeby porozmawiać? - rozejrzałam się, czy Tyler zaczął mnie szukać, ale nie zauważyłam go.
- W sumie, to tak - odłożyłam wcześniej trzymane przedmioty, udając się wraz z Marcelem do wyjścia.


***
Zatrzymaliśmy się przed wielkim domem, znajdującym się w środku miasta. Chłopak tłumaczył, iż mieszka tutaj z czterema innymi osobami. Od środka dom wyglądał na jeszcze większy, co sprawiało odpowiednie zagospodarowanie przestrzeni. Przeszliśmy do jego pokoju, gdzie usadowiłam się na ogromnym łóżku.
- Więc? Jak to z tobą było? - zapytałam. Styles zajął miejsce na krześle obrotowym naprzeciw mnie.
- Dzień po twoim zniknięciu dowiedziałem się, że Luke jest w szpitalu. Wypytywałem każdego z chłopaków, co się z tobą stało, lecz nie chcieli mi powiedzieć. Codziennie przychodziłem do Brooks'a, ale każdy z nich odsyłał mnie z kwitkiem. Któregoś dnia, gdy miałem wychodzić do szpitala, zastałem przed moim domem Matta. Wyjaśnił mi wszystko, od pierwszych morderstw do porwania ciebie. Nie mogłem się z tym pogodzić. Dzień po wizycie Lockwood'a, zadzwoniła do mnie Hope. Porozmawiała ze mną szczerze i kazała iść na casting do XFactora, bo wiedziała, że ty tego chciałaś; żebym spełniał marzenia. Po tygodniu namysłu zgodziłem się. Poszedłem, wybrali mnie oraz kilku chłopaków, których połączyli w grupę. I tak oto teraz jestem w One Direction z moimi współlokatorami - opowiedział na jednym tchu. Uśmiechnęłam się. Więc jednak mój wyjazd wpłynął na niego dobrze. - A jak z tobą?
- Oni mnie nie porwali. Odeszłam z nimi dobrowolnie, żebyście byli bezpieczni. Wylecieliśmy do Stanów, gdzie później podróżowaliśmy. Zwiedziliśmy każdy stan, choć zasady mojego przebywania tam były srogie. Nie miałam telefonu, za pyskowanie oberwałam. Tylko od lidera. W końcu zostaliśmy w Atlancie. Mamy mieszkanie, Dylan, czyli lider postanowił, że będzie kontynuował moją naukę, dlatego "wynajął" mi domowe nauczanie, bym nie ruszała się z domu. Ale ogółem, jest okej - sama nie dowierzałam, iż to powiedziałam. Marcel patrzył na mnie jak na jakąś kosmitkę, nie wierząc moim słowom.
- Okej?! Porwali cię i to ma być okej?! Nie wierzę.. - pokręcił głową ze zrezygnowaniem. Zauważyłam, że było już grubo po osiemnastej, na dworze robiło się ciemno. Szybko zerwałam się z łóżka, brunet widząc moją reakcję, przestraszył się. - Coś się stało?
- Możesz mnie odwieźć? I tak mam niezły ochrzan za ucieczkę ze sklepu - spojrzałam na niego. Zgodził się.


***
- Zatrzymaj się tutaj - mruknęłam, gdy byliśmy ulicę od mojego obecnego zamieszkania.
- Mieszkasz gdzieś tu? - popatrzył na mnie zdziwiony.
- Nie, ale nie chcę, by cię widzieli. Jeszcze ci coś zrobią - wyszeptałam, wychodząc z samochodu - Dziękuję.
- Nie masz za co dziękować - posłał mi uśmiech, który odwzajemniłam. 
- Mam. Dobranoc - pomachałam mu, po chwili ruszając w stronę mieszkania. 
Stałam przed drzwiami, bojąc się przekręcić klamki. Modliłam się, żeby Dylana nie było w domu.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Przekręciłam klamkę, wchodząc najciszej do środka, jak tylko potrafiłam. W salonie było zapalone światło, co świadczyło o tym, że wszyscy byli obecni. Zdjęłam buty, odrzucając je na bok, a sama stanęłam na rogu, by podsłuchać, o czym rozmawiają.
- Dylan, uspokój się. Wróci, przecież nie jest głupia - uspokajał go Daniel. Chwilę później usłyszałam tłuczenie szkła, co oznaczało wielkie kłopoty.
Weszłam prawie niezauważalnie do pomieszczenia, jednak Colton mnie zauważył, a za nim pozostali. Nagle powstała cisza, niezręczna cisza.
O'Brien podszedł do mnie, zamknęłam oczy, po chwili czując ból na policzku. Wiedziałam, co mnie czeka. 
- Gdzieś ty do cholery była?! - następnie zadał mi pytanie, oschłym głosem.
- Nie poszłam na policję, jeśli o to ci chodzi - odpyskowałam, za co dostałam kolejny raz.
- Mów.
Zaprzeczyłam, przez co dostałam znowu.
I znowu.
I znowu.

***
HELOŁ!
Witam we wtorkowy wieczór :D Przepraszam, znowu ociągam się z rozdziałem, lel.
Więc tak, przed ostatni rozdział, a nie wydaje się taki, prawda? XD no cóż, ostatni to będzie po prostu... ogrom akcji :D także ten tego XD

Pytanka:
- Co sądzicie o rozdziale?
- Ulubiona scena?
- Ulubiony cytat?
- Ulubiony moment?
- Scena zabawna/smutna/urocza/okropna?XD
- Ogólna ocena rozdziału.

10 komentarzy = nowy rozdział.
czeeeeeekam :D 
MOTYWUJCIE MNIE, PROSZĘ :C
A I JESZCZE JEDNO, DZIĘKUJĘ
ZA KAŻDY KOMENTARZ!

Saranghaeyo!
~Paja.

EDIT: SŁUCHAJCIE! Są małe problemy z komentowaniem, dlatego już wyjaśniam, co w takim wypadku robicie.


Pojawia nam się taki prostokącik, który przeszkadza w napisaniu komentarza. Aby skomentować, a raczej móc w ogóle napisać cokolwiek należy: 


Należy najechać na zaznaczony róg, pokazany powyżej. Jeździmy przez chwilę aż pojawi się typowy kursor pisania, następnie kliknąć i możemy pisać komentarz! :)




4 komentarze:

  1. A więc, fajny rozdział c:
    Ulubiona scena - kiedy zapytał o tęsknotę za dawnym miejscem.
    Ulubiony cytat - "- Dylan, uspokój się. Wróci, przecież nie jest głupia "
    Ulubiony moment- Jakoś go tu nie mam o:
    Okropna scena z biciem...
    10/10 ;*
    Czekam na następny, kuzyneczko c:

    OdpowiedzUsuń
  2. Te 'pomocnicze' pytania przy komentowaniu przypomniają mi o zadaniach z polskiego, których mam serdecznie dosyć (tak wiem, że się powtarzam). Pozwolisz mi komentować po mojemu? :)))
    Nie spodziewałam się takiego przeskoku w czasie! Ani tym bardziej takiej potulnej akceptacji Rany. Po niej można się spodziewać wszystkiego, ale nie braku oporu. I tu pojawia się moja WTS (wielka teoria spiskowa) Dylan trzyma ją na jakiś prochach, a Marcel ją wyratuje i Happily Forever After, ta dam!
    A tak na poważnie to wierzyć mi się nie chce, że Rana nie chciałaby nawet wiedzić co się dzieje z Hope, Victorem i całą resztą, tak samo jak w głowie mi się nie mieści, że nie stawiała oporu kiedy ją bił.
    Czekam na kolejny xx
    @live_less
    PS. na http://saved-fanfiction.blogspot.com jest kolejny rozdział, mam nadzieję na komentarz :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Super rozdzial subsjsbshhs

    OdpowiedzUsuń
  4. nie mam za dużo czasu na komentarz bo mama wywala mnie z kompa xd a na tel sie nie da :(
    rozdział wykurwisty!
    pamiętasz co mówiłam o Marcelu? jestem zawiedziona że tego nie spełnisz!
    i czemu ten chomik ją bije?
    ..dobra wiem czemu xd
    OMG! ON DITRION (1D)
    tak bardzo ich nie lubie <3
    ten gang wcale nie taki zły że Rana tam się z kimś dogaduje :D
    czekam na nexta <3
    i masz pisać szybko!
    i mi daj pierwszej znać jak napiszesz!
    ps. ma być gruga część opowiadania, jasne? :*


    OdpowiedzUsuń