poniedziałek, 2 czerwca 2014

Rozdział Dziewiętnasty.



CZYTASZ = KOMENTUJESZ.

Muzyka I


*Rana*


Ze snu wybudził mnie odgłos obijania się o siebie tac lekarskich, których dźwięk był głośny mimo, że najprawdopodobniej znajdowały się na korytarzu. Wpół leżałam na miękkim fotelu. Podniosłam się, czego pożałowałam. Miałam cały obolały kark, a w głowie pulsowało niemiłosiernie. Spojrzałam na zegar, który wskazywał godzinę trzecią w nocy. Minęły zaledwie dwie godziny od kiedy Steven miał operację. Zaraz po wydarzeniu, które miało miejsce, przetransportowali go do szpitala, gdzie później odbyła się dwu - godzinna operacja. Gdy tylko przyjechała karetka, nieumyślnie zadzwoniłam do Marcela. Nie odebrał, chociaż bardzo go wtedy potrzebowałam. Moi rodzice nie dzwonili, ani ja do nich, więc pewnie zasnęli nie czekając na mnie. Nawet lepiej.
To przeze mnie Stev jest w ciężkim stanie. Muszę znaleźć Matta i wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi.
-Dylan. Więc, Rana. Nie spodziewałem się, że Lockwood wybrał sobie aż tak piękną dziewczynę. 
Ja znam tylko jednego Lockwood'a i najprawdopodobniej chodzi o mojego przyjaciela.
Chłopak leżał nieprzytomny, poprzypinany do mnóstwa maszyn. Westchnęłam, po czym udałam się na korytarz, gdzie panowała całkowita cisza. Szłam długim holem szukając łazienki, ale w pewnym momencie natknęłam się na okno jednego z pokoi. Niby nic dziwnego, gdyby nie to, że w pomieszczeniu znajdowała się bardzo mi znana dziewczyna. 
Delikatnie popchnęłam drzwi, wchodząc do środka i jednocześnie zwracając jej uwagę.
- Rana? Co ty tu robisz? - Zapytała zdziwiona. Wcale nie była w lepszym stanie niż brunet. Była blada, jej czarne włosy porozrzucane po całej poduszce też tak jakby trochę wyblakły.
- Mój.. um.. przyjaciel został postrzelony, przeszedł operację i teraz jestem tutaj z nim. - Odpowiedziałam, jednocześnie zajmując miejsce obok jej łóżka. - A ty?
- Niezbyt ciekawa przyczyna. Marcel jest z tobą tutaj? - Opuściłam głowę w namyśle, co mam jej odpowiedzieć. - Rana?
- My... nie jesteśmy razem.
- Czemu? Co się stało podczas mojej nieobecności? - Próbowała podnieść się do pozycji siedzącej, lecz z jękiem opadła z powrotem na pościel.
- Sasha się stała. -  W jednej chwili zacisnęła pięści, a jej knykcie pobielały. W jej oczach była widoczna złość i chęć wyżycia się na pierwszej lepszej osobie.
- Obiecuję, że gdy tylko tutaj przyjdzie mnie odwiedzić, to już stąd nie wyjdzie. - Ledwo powstrzymywała wybuch.
- Tay, nie musisz jej nic robić. Chociaż chciałabym to zobaczyć. - Delikatnie uśmiechnęłam się.
- Może jeszcze nie jestem w pełni sprawna, ale zawsze mogę jej coś zrobić. - Zaśmiałam się, a dziewczyna ziewnęła.
- Pójdę już, jesteś zmęczona i musisz odpoczywać. - Chciała zaprzeczyć, ale pożegnałam się z nią i życzyłam powrotu do zdrowia.


***
Wychodząc z toalety, zauważyłam postać opuszczającą pokój Stevena. Jak najszybciej pobiegłam za nią lub nim, po czym odwróciłam w moją stronę.
- Matt?! Co ty tu do cholery robisz?! - Zdziwiłam się, ale zarazem ucieszyłam, bo mogłam z nim porozmawiać.
- Właściwie to szukałem cię. - Jego twarz wyrażała troskę.
- Musimy porozmawiać, nie uważasz? - Chłopak jedynie rozejrzał się i pociągnął mnie za rękę. Nie zważając na moje protesty zaciągnął mnie do samochodu, którym po chwili ruszył. - Gdzie nas wieziesz? Muszę zostać z.. - Przerwał mi.
- Nie. Muszę ci wszystko wytłumaczyć, ale zrobię to tylko i wyłącznie w bezpiecznym miejscu. 
Nie powiedziałam już nic więcej, tylko obserwowałam widoki za oknem zastanawiając się, gdzie zmierzamy.



*Hope*


Minęła północ, a Rana dalej nie odbierała. Strasznie się denerwowałam, że sobie coś zrobiła. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, mimo tego, że Victor cały czas mnie uspokajał. 
- Zadzwonię do Matta. - Powiedziałam szybko łapiąc telefon.
- I co ci to da? Jak on może jej pomóc? - Gdybyś tylko wiedział... W końcu.. Matt to twój przyjaciel, obiecał, że w najbliższym czasie ci powie.
- Nie wiem, ale zawsze mogę zadzwonić. - Mruknęłam wybierając jego numer. Vic opadł na łóżko zrezygnowany.
- Matt? 
- Tak, Hope? Coś się stało? - Widocznie musiałam go obudzić, bo miał odrobinę zaspany głos.
- Nadal nie wróciła do domu. Marcel też nie odbiera. - Wyjrzałam przez okno, odnajdując wzrokiem samochód Beau'a. Spełniał swoją pracę dobrze, gdyby nie to, że teraz spał.
- Szczerze? Nie jest mi go szkoda. Zasłużył na to. 
- Matthew, on tego nie chciał. To Sasha go do tego zmusiła, nawet nie wiedział, co się dzieje. - Broniłam chłopaka. - I ten idiota śpi.
- Jaki idiota? - Zdziwił się.
- Jeszcze pytasz. Beau nie najlepiej sprawuje się w pracy. - Wybuchnęłam śmiechem. - Tak, czy siak. Pojedź do Marcela i poszukaj Rany.
- Się robi szefowo. - Rozłączył się radosnym głosem.
- Pójdziemy już spać? Ona wróci, a ty nie możesz się przemęczać. - Chłopak przyciągnął mnie do siebie, po czym zasnęliśmy wtuleni w siebie.



*Rana*


Powiem szczerze, miałam w tej chwili większe zaufanie do Matta, niż kogokolwiek innego. Wiem, że nigdy by mnie nie skrzywdził, a tym bardziej, że nie dałby mnie komukolwiek innemu skrzywdzić. Był przy mnie zawsze, gdy go potrzebowałam, oraz gdy on mnie potrzebował. Wiele scenariuszy układało się w mojej głowie, ale jeden był prawdziwy. Nic nie jest takie, za jakie je uważam.
Jechaliśmy już trzecią godzinę, wyjechaliśmy z Londynu i najprawdopodobniej kierujemy się w stronę zachodnią.
- Gdzie jedziemy? - Wyszeptałam, budząc bruneta z transu.
- Do Bristolu*. - Posłał w moją stronę uśmiech, który delikatnie odwzajemniłam. - Nie musisz się bać, będzie dobrze.



- Po wydarzeniach z ostatnich miesięcy, tracę w to wiarę. - Chwyciłam jego rękę.

"Nie musiała rozumieć sensu życia,
wystarczyło spotkać Kogoś, kto go zna.
A potem zasnąć w Jego ramionach 
jak dziecko, które wie, że ktoś silniejszy
od niego chroni je przed wszelkim
złem i niebezpieczeństwami."**

***

- To tutaj? - Zadałam pytanie, wychodząc z samochodu. Znajdowaliśmy się przed niewielkim domkiem, zaledwie kilkaset metrów od plaży. Zbudowany z brązowej cegły, wykończony w niektórych miejscach drewnianymi balami. Wracając.
- Tak, przenocujemy tutaj. - Wyciągnął z bagażnika plecak, który zawiesił sobie na ramieniu, zamknął pojazd i ruszył w stronę drzwi. Powlekłam się za nim, rozglądając na wszystkie strony.
- A rodzice? Hope i Victor? Szkoła? - Wyrzucałam z siebie potok słów. Matt zatrzymał się i spojrzał na mnie.
- Zabrałem z twojego pokoju kilka rzeczy i napisałem list, że zostajesz u Hope na noc. Zaraz zadzwonisz do niej i z nią porozmawiasz, bo to ona prosiła, abym cię poszukał. A o szkołę się nie martw, możemy podrobić usprawiedliwienia.
Weszliśmy do środka, który wyglądał dość przytulnie. Mały salon, kuchnia, łazienka i jedna sypialnia. Idealne dla małżeństwa bez dzieci. 
Wyszłam na plażę wraz z telefonem, spacerując i zastanawiając się, czy zadzwonić. Z niedaleka zauważyłam mały pomost, w którego kierunku się udałam.
Gdy już znajdowałam się na nim, umiejscowiłam się tak, że moje nogi zwisały nad taflą wody. Wybrałam odpowiedni numer i czekałam, aż odbierze.
- Matt? Wszystko w porządku? - Usłyszałam głos czerwonowłosej.
- To ja, Rana. - Odpowiedziałam. Dziewczyna westchnęła z ulgą, dość głośno.
- Na szczęście. Jesteś cała? - Rozmawiałyśmy tak przez następne pół godziny, dopóki nie przyszedł Lockwood. Pożegnałam się z nią i zaczęliśmy rozmowę.
- Więc.. kim jest ten cały Dylan? O co mu chodziło? Dlaczego chciał mnie zabić? - Skierowałam wzrok przed siebie obserwując wodę.
- Dylan? To dupek, który myśli, że przyjechał do Mystic Falls i jest wszechmocny. Mój stary wróg. Wie dobrze, że mi na tobie zależy, więc chce zrobić wszystko co w jego mocy, abyś ty cierpiała, bo gdy ty cierpisz, ja też. - Zdziwiona spojrzałam na niego.
- Matty ja.. - Przerwał mi w połowie.
- Wiem, że nic do mnie nie czujesz i wcale mi to nie przeszkadza. Kochasz Marcela, jesteś szczęśliwa, a jeśli ty jesteś, to ja też. - Objął mnie ramieniem. - Dlaczego chciał cię zabić? Pewnego razu, on miał zginąć, ale w chwili, gdy wystrzeliłem pojawiła się jego siostra, która osłoniła go swoim ciałem. Teraz chce się zemścić. 
Podał mi zmięty kawałek fotografii. Był tam ten chłopak i dziewczyna bardzo do niego podobna. Widać, że rodzeństwo. Najwyraźniej byli szczęśliwi.

(Na zdjęciu widoczny Dylan O'Brien wraz z swoją prawdziwą siostrą)

- Bardzo ją kochał, skoro chce się zemścić. - Oddałam mu zdjęcie. - Opowiesz mi więcej o sobie? Bo dowiaduję się, że o twojej przeszłości nie mam bladego pojęcia.
- Co tu dużo mówić, mam własny gang. Brooks'owie, Sahyounie, Yammouni i Tristan są w nim. Praktycznie od początku wakacji dowiadywałem się o morderstwach, które O'Brien popełniał wrabiając w to mnie. Wiedziałem, że będziesz w końcu jego celem, więc najzwyczajniej w świecie zdzwoniłem się ze starymi przyjaciółmi i od tego czasu cię chronimy. Z resztą nie tylko ciebie, ale wszystkich twoich bliskich. Owszem, robiłem wiele złych rzeczy, a zabijać, zabijałem w ostateczności.
- Wierzę ci. - Wtuliłam się w niego.



*Tristan*


Próbowałem od dobrych kilku godzin dodzwonić się do Matta, lecz każda próba szła na marne. Wiedzieliśmy, że coś się stało, bo nawet Steven, do którego odważyłem się zadzwonić, nie odbierał. Miałem ochotę rozwalić wszystko, co stało na mojej drodze.
- Może po prostu odpuśćmy? Nie jest nowicjuszem. - James, który jako jedyny, nie licząc mnie znajdował się w pokoju, nie odrywał wzroku od monitora.
- Czy ja wiem? Każdy może popełnić błąd. - Śmiech chłopaka rozniósł się echem po magazynie, a ja spojrzałem na niego jak na psychicznie chorego człowieka.
- Stary, znasz go dłużej niż ja. Dobrze wiesz, że on nigdy nie popełnił błędu. Prawdopodobniej ma planów zapasowych od "A" do "Z". - Miał rację, chociaż kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda?
- Nigdy nie mów nigdy. - Burknąłem pod nosem, przeczesując ręką swoje włosy. 
Nagle, z zewnątrz można było usłyszeć podejrzane dźwięki. Chwyciłem w dłoń pierwszą, lepszą broń leżącą na stoliku. Po pokazaniu sygnału, James wcisnął przycisk, podnoszący drzwi kryjówki. Wyszedłem powoli, rozglądając się na każdą stronę. Nic nie zobaczyłem, więc chciałem wrócić z powrotem do środka. W ostatniej chwili podbiegł do mnie mały piesek.


Podniosłem go, broń schowałem za pasek.
- Słodziaku, co ty tutaj robisz? - Przytuliłem go do siebie, po czym weszliśmy do środka. - Mamy nowego kolegę. - Oznajmiłem Yammouni'emu.


*Narracja trzecioosobowa*


Dwóch dziewiętnastolatków stało na wzniesieniu góry. Obserwowali miasto, które z mijającym czasem, ponownie się budziło do życia.
- Dlaczego nie możemy po prostu jej porwać? - Zapytał jeden z nich.
- Otóż dlatego, drogi Tylerze, że musimy pamiętać o zasadach. - Zaśmiał się.
- Jak w szachach? - Spojrzał na niego.
- Jak w szachach. - Potwierdził, po czym pomyślał, gdy ty zrobisz ruch, następuje kolej twojego przeciwnika.

***
*Bristol - miasto w południowo - zachodniej Anglii.
**cytat Paulo Coelho - "Brida".

SIEMANECZKO! Cóż mogę powiedzieć. To taki spóźniony o kilka dni niż w terminie, prezent na dzień dziecka :) Wszystkiego najlepszego!

Rozdział.. krótki, cholernie krótki, ale zawiera wszystkie ważne rzeczy, które chciałam Wam przekazać. Jedynie zepsułam końcówkę.
Więcej... MAM NADZIEJĘ, ŻE SIĘ SPODOBAŁ! :)X

Podpowiedź do dzisiejszego rozdziału:

KOLEJNA SPRAWA!
- Co sądzicie o rozdziale?
- Ulubiona scena/moment?
- Ulubiony cytat?
- Czy było coś, co przyprawiło was o łzy?

To chyba tyle..

JAK POD KAŻDYM ROZDZIAŁEM
10 KOMENTARZY = NOWY ROZDZIAŁ
:)

Czytam każdy komentarz, wierzcie mi.
Bardzo Was kocham, do zobaczenia!
~Autorka.


czwartek, 15 maja 2014

Rozdział Osiemnasty.



CZYTASZ = KOMENTUJESZ.

Przeczytaj notkę pod rozdziałem.

Muzyka I



*Rana*



Od czasu do czasu zawiał wiatr. Było zimno, nawet bardzo, ale to nie powstrzymywało nas w spacerowaniu. Zaczęły z nieba spadać białe śnieżynki. Już pora na śnieg? No to nieźle. 
Atmosfera między nami? Czysto przyjacielska. Rozmawialiśmy jak starzy, dobrzy przyjaciele. 
- Powinniśmy już wracać. - Powiedział Stev, podczas spaceru.
- Masz rację, ta bluza nie jest zbyt ciepła. - Rzuciłam.
Zawróciliśmy w między czasie rozmawiając o wszystkim i o niczym. Nagle w kieszeni jego spodni, rozbrzmiała piosenka Breakeven zespołu The Script. Przyznaję, miał dobry gust.
- Co jest? Teraz? Stary... No dobra, skoro jest ważne to już wracam. Cześć. - Rozłączył się. Zostały mi zaledwie dwie ulice i będę w domu, dam radę.
- Przepraszam, że tak nagle, ale muszę iść do domu. To bardzo ważne. Tra..
- Tak, Steven. Trafię. - Uśmiechnęłam się.
- Dobranoc. - Na pożegnanie mnie przytulił. Odwróciłam się i ruszyłam.
Mijałam znajome mi domy, które stały tutaj kilka, kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat. Wiele było odziedziczanych z pokolenia na pokolenie, ale wielka ilość też sprzedawana. Mystic Falls nie było małe, ale nie było również ogromne. Znajdowało się zaledwie dwie godziny od Londynu, a osoby, które opuszczały nasze miasto, robiły to tylko dlatego, że wolały mieszkać bliżej centrum.
Wracając.
Tym razem, gdy przeszłam obok boiska, było ono puste. Jedynie oświetlały je latarnie.
Zaraz. Boisko?
Okej, bez paniki. Skoro jestem przy szkole, to znaczy, że zostały mi więcej niż dwie ulice.
Cholera.
Opatuliłam się mocniej bluzą, po czym szłam dalej. Sprawdziłam telefon, lecz nie dostałam jakichkolwiek wiadomości.
Co było dziwne, jest zaledwie przed dwudziestą drugą, a na drodze są pustki. 
W pewnym momencie usłyszałam za sobą kroki.
Całkowicie ogarnął mnie strach. 
Zimne i nieprzyjemne dreszcze przebiegły po moim ciele.
Przyśpieszyłam kroku, jednak gdy ja to zrobiłam, ta osoba również.
Po chwili szybki krok zmienił się w bieg, a ja znajdowałam się co raz bliżej domu. Jedyny błąd, który popełniłam, to nie zauważenie wystającej kostki brukowej, przez którą przewróciłam się, upadając na trawnik. Nieznajomy wykorzystał to i podbiegł do mnie.
- Rana, wszystko okej? - Zdjął kaptur z głowy. Luke.
- Czy wszystko okej? Um, tak! Oczywiście! Wracam sobie do domu biegiem, bo myślę sobie, że jakiś psychol mnie goni! Cudownie, wszystko cudownie! - Wstałam lekko obolała, jak najszybciej kierując się do domu.
- Słuchaj, przepra... - Nie dokończył.
- Wszystko jedno. Co ty tutaj robisz? Nie mieszkasz w tej części miasta. - Urwałam temat. Właściwie... to gdzie on mieszka?
- Skąd możesz to wiedzieć? - Zmarszczył brwi, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Może dlatego, że mieszkam tutaj od osiemnastu lat i ostatnimi czasy nie słyszałam, żeby ktokolwiek się wprowadzał? - Prychnęłam. W części Mystic Falls, w której ja mieszkałam, wszyscy się znali, była miła atmosfera i od razu każdy by wiedział, gdyby ktoś nowy się wprowadził.
- To prawda, nie mieszkam tutaj. Wiesz, moją magiczną szafą przenoszę się do Narnii. - Wybuchłam śmiechem, który za pewnie było można usłyszeć w okolicy kilometra. - O, czyli jednak da się Ciebie rozśmieszyć.
- Powiedzmy. - Doszliśmy pod mój dom. - To tutaj.
- Przepraszam, za moje wcześniejsze zachowanie w szkole. Nie wiedziałem, że masz chłopaka. - Uśmiechnęłam na wzmiankę o Marcelu.
- Nic się nie stało. Każdemu może się zdarzyć.
- Ran, Marcel dzwonił. - Przed dom wyszła moja siostra, przerywając naszą rozmowę.
- To ja będę się zbierał, dobranoc. - Zanim zdążyłam odpowiedzieć, chłopak zniknął z pola widzenia.


***

Po rozmowie, wróciłam do pokoju. Zabrałam swoją piżamę, wybrałam kierunek łazienki. Po rozebraniu się, weszłam pod prysznic i wspominałam cały dzień. 

- To jest Rana. Rana to nasz starszy brat Beau, przyjaciel Daniel, inaczej Skip i James, chodzi do klasy niżej. - Przedstawił Jai.
- Miło mi poznać, oryginalne imię. - Najstarszy z braci podał mi rękę, którą uścisnęłam. Dlaczego miałam wrażenie, że on mnie zna?

- Dobrze się czujesz? Marcel, jestem twoją dziewczyną, oczywiście, że z tobą pójdę. - Zaśmiałam się na jego pytanie.
- Różnie bywa. - Dołączył do mnie.

- Przepraszam, zagapiłam się. - Pomogłam tej osobie pozbierać wszystkie rzeczy. Był nią chłopak, dość wysoki o brązowych włosach. Skądś go kojarzyłam.
- Nic się nie stało, Rana.

Ten dzień nie należał do nudnych. Będąc gotową, wyszłam z pomieszczenia, przechodząc do sypialni. Położyłam się na łóżku, wspominając tym razem rozmowę ze Stevenem.

- Co miałeś na myśli mówiąc "Brooks'owie nie są tacy, na jakich wyglądają"? - Zapytałam.
- Po prostu... nie ważne. Im mniej wiesz, tym jesteś bardziej bezpieczna. - Odpowiedział. Mówił dokładnie jak Tristan, cholernie opiekuńczo i denerwująco.
- Steven... - Chciałam zacząć nalegać, ale on wiedząc co się szykuje, przerwał mi od razu.
- Nie powiem ci. Przykro mi, to dla twojego bezpieczeństwa.

Właśnie! Jeszcze nie spaliłam notesu. 
Wyciągnęłam go z bluzy, siadając ponownie na łóżku. Po przeczytaniu wpisu, wyrywałam go i wkładałam do niszczarki, gdzie zmieniał się w kilka pasków. I było tak z każdym. Gdy dotarłam do pewnej notatki, zatrzymałam się.

Wpis 60.
29.11.2012r.

Pamiętniku.
Dziś zaczynam nowe życie. Bez Chrisa, trosk, krzywdy. Nowa, szczęśliwa ja. A to wszystko dzięki moim przyjaciołom.
Chociaż i tak tego nie przeczytacie, to bardzo Wam dziękuję.

PS. Rada dla przyszłej mnie? Nigdy nie krzywdź siebie dla chłopaka, bo wierz samej sobie - nie warto.

Uśmiechnęłam się, czytając to zdanie. Wtedy byłam mądrzejsza. 
Resztę, nawet nie odczytując, zniszczyłam, żegnają się z marzeniami.
Nowa, szczęśliwa ja.



*Kilka dni później**

*Narracja trzecioosobowa*



Ostatni tydzień był dość pracowity dla gangu Lockwood'a. Obserwowali Stevena, szukali informacji na jego temat i szykowali się do "misji". Jak to zabawnie brzmi.
Wróćmy jednak do naszej historii.
Był wieczór, około godziny dwudziestej pierwszej. Matt, Tristan, bracia Brooks'owie, James i Skip przygotowali się do spełnienia planu dotyczącego ich rzekomego problemu. 
- Mamy mniej więcej pół godziny, później wychodzi na spacer. - Brunet nakazał każdemu wsiąść do samochodu, po czym skierowali się w stronę północnej części Mystic Falls. 

***
Dokładnie trzydzieści minut później, Steven wyszedł z domu na spacer. Grupa zatrzymała samochód niedaleko jego miejsca zamieszkania. Wychodząc z samochodu tylko ustawili czasomierze i ruszyli w różnych kierunkach. 
Chłopak nic nie podejrzewając, jak zawsze odwiedził całodobowy sklep, w którym kupił zapałki oraz woskowy wkład do znicza.
Zmierzał do cmentarza, na którym odwiedził babcię. 
Wracając zastanawiał się nad wszystkim. 
Niespodziewanie, poczuł silny ból w tyle głowy i upadł.

***
Obudził się przywiązany do drewnianego krzesła, obolały.
- Jednak żyje. - Wszyscy zgromadzili się wokół niego, jakby był czymś w rodzaju rzeźby.
- Co ja tu do kurwy nędzy robię? - Krzyknął będąc zdenerwowany, kogo zobaczył. 
- Właściwie, to kończysz swój żywot. - Matt mrugnął do McQueen'a. Ten jedynie się zaśmiał.
- Śmiało. Zabij mnie, a później wykończ ją, skoro tylko na tym ci zależy skurwysynie. - Przyjaciele popatrzyli na niego zdziwieni. - Co się tak patrzycie?
- McQueen, posłuchaj. Teraz nie odwracaj kota ogonem. Wiemy, że to ty chcesz ją wykończyć, więc.. jakieś ostatnie życzenie? - Dziewiętnastolatek wymierzył bronią w jego stronę, bez jakichkolwiek emocji. 


- Czekaj! Co?! Ja?! To wy się wokół niej kręcicie i chcecie ją unicestwić. - Odparł zdziwiony. - Przecież trzymacie się z O'Brien'em. Jesteście z jego gangu.
- Co ty pierdolisz? Kto to jest? - Stev westchnął.
- Opuść to. Najwyraźniej jesteśmy po tej samej stronie.

***

- Mogliście od razu mówić, że ty jesteś Lockwood. Szukałem cię, bo wiedziałem, że też ją chronisz, ale nie wiedziałem, że tak wyglądasz. - Potarł obolałe nadgarstki.
- Nie ważne. Wyjaśnij nam, kto to jest ten cały O'Brien.
- Okej. Dylan O'Brien, czyli twój wróg. Nie wiem, dlaczego o tym nie wiesz, ale mniejsza. To on chce zrobić krzywdę Ranie. Podobno chce zemsty. - Usadowił się na jednym z foteli.
- Zacznijmy od tego, że nie znam go. Miał może wcześniej jakieś inne nazwisko? - Przeczesał palcami włosy.
- Taa, jeśli się nie mylę to More. - More. Nazwisko mówiące samo za siebie. Stary, dobry przeciwnik Matta z młodszych lat.
- Cholera jasna! - Uderzył pięścią w stół. Złość buzowała w całym jego ciele. - Jest w mieście?
- Tak, ale nikt nie wie gdzie się znajduje. 
- Tristan, masz dzisiaj nockę pod jej domem wraz z Luke'iem. Nie spuszczaj jej z oka, a rano podwieź Luke'a do szkoły. James, przeszukaj wszystkie akta policji i miasta z jego nazwiskiem. Nowym i wcześniejszym. Teraz. Jai pod dom Jannet, Beau do Hope, a Skip Victora. Do dzieła. 


*Rana*


Ledwo żywa zwlekłam się z łóżka. Zegarek wskazywał godzinę ósmą dwadzieścia siedem, więc miałam jeszcze mnóstwo.. co?! Cholera, jestem spóźniona! 
W ekspresowym tempie przygotowałam się do szkoły, bez śniadania, wybiegłam z domu, biegnąc do szkoły.
Do końca pierwszej lekcji zostało kilka minut, więc stwierdziłam, że zdążę jeszcze ogarnąć się w łazience. Przeszłam kilka korytarzy, ale wybrałam drogę na skróty przez męską szatnię.
Zatrzymałam się w połowie drogi, słysząc rozmowę.
- Luke, zrozum, że ja nie chcę, żeby było to samo co z Sam. Ona ma chłopaka i.. - Mówił Jai, lecz jego brat mu przerwał.
- Możesz skończyć? Tylko ją chronię. Nic więcej! - Trzasnął drzwiczkami swojej szafki.
- Wiesz, co ci powiem? Możesz okłamywać mnie, naszą matkę, przyjaciół albo kogokolwiek innego, ale nie okłamuj samego siebie. - Bliźniak spakował się i wyszedł, prawie mnie zauważając.
O co w tym wszystkim chodziło?
Ignorując to na tą chwilę, podreptałam do szafki, mojej. Zanim jednak do niej dotarłam, usłyszałam dzwonek. Nie przejmując się nim, znalazłam się na korytarzu, na którym była moja szafka. 
Mój wzrok skierował się na dwójkę osób, rozmawiających. Sasha i Marcel. Blondynka spojrzała na mnie, po czym pocałowała chłopaka. On jednak się niczemu nie sprzeciwiał. Wręcz przeciwnie, stał i nic nie robił. 
Wokół nich zebrał się tłum. W nim także Hope, Victor, Matt i reszta. Przyjaciółka wyglądała na zdziwioną, a gdy zobaczyła mnie pokręciła głową. Matt zareagował jako pierwszy. Próbował do mnie podejść. W tym samym momencie Styles odwrócił wzrok, który spotkał się z moim.
Nie wytrzymałam. 
Łzy spłynęły po moich policzkach, jednak po chwili czułam ramiona oplatające mnie. Widząc, że mój, już były chłopak chce do mnie podejść, jak najszybciej odrzuciłam przyjaciela i wybiegłam ze szkoły.
To jednak go nie powstrzymało i pobiegł za mną.
- Rana, proszę wysłuchaj mnie. Daj mi to wytłumaczyć! - Wołał. Nie zatrzymałam się, jedynie, gdy chwycił nadgarstek oraz obrócił mnie w jego stronę.
- Wytłumaczyć?! Nie ma czego tłumaczyć! Widziałam wszystko! Chcesz dalej wciskać mi kity, że mnie kochasz? Że nie chcesz nikogo innego, a w następnej minucie całujesz się z Sashą?! - Z krzyku mój głos zmieniał się w szept.
- Kochanie, daj mi wytłumaczyć. - Przytulił mnie mocno do siebie. Przed szkołą zobaczyłam ich, przyjaciół. Przypominało mi to scenę z Chrisem. Tylko tym razem, nie popełnię tego samego błędu. - Chcesz po prostu zakończyć to, co pomiędzy nami jest?
Odsunęłam się od niego.
- Nie ma już "nas". - Wyszeptałam, odchodząc.
- Ran.. - Więcej nie usłyszałam. Pokręciłam głową, zanosząc się płaczem.
Wybrałam się nad mały staw, nad który przychodziłam kiedyś z Thicke'iem.
Telefon bez przerwy dzwonił, dlatego go wyłączyłam. Potrzebowałam w tej chwili spokoju, wyciszenia.

- Kocham cię. - Powiedział.
- Ja ciebie też kocham Marcel. - Oddałam uścisk.

Pieprzone wspomnienia. 
Po kilku godzinach zastanawiania się, przemyśleń i wypaleniu około paczki papierosów, zdecydowałam się wrócić do domu. Włączyłam telefon, który zdążył zawiesić się kilka razy.
Mnóstwo połączeń i SMS'ów.
Czterdzieści siedem połączeń, siedemnaście wiadomości od Matta; pięćdziesiąt połączeń, trzydzieści jeden wiadomości od Hope; tyle samo od Victora; niezliczona ilość od Marcela i Jannet.
Przeczytałam zaledwie wiadomości, które wysłała mi przyjaciółka. 


Trzynasta czterdzieści, dużo czasu. Po zastanowieniu się, wybrałam numer mojego sąsiada.
- Steven przy telefonie, cóż się stało sąsiadko? - Na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech.
- Wiesz... potrzebuję towarzystwa. Prócz tego muszę ci skopać dupę, bo nie było cię w szkole. - Kopnęłam kilka kamieni. - Ta ławka, co zawsze?
- Będę. Daj mi dziesięć minut.

***

Przeszliśmy prawdopodobnie całe miasto. Rozmawiałam z mamą, powiedziałam jej, że wrócę późno. Było już grubo po dwudziestej trzeciej. Wracaliśmy już do domu, jakąś niezbyt ciekawą uliczką. Co chwilę, ktoś nas zaczepiał w celu przywitania się z chłopakiem, czyli najwyraźniej w tej części był znany. Ostatni zakręt, w którym było prawie pusto, nie licząc jednego chłopaka, opartego o ścianę.
- Proszę, proszę. Spodziewałem się was tutaj. - Zaczął mówić. Brunet, który szedł obok mnie, zatrzymał się, a jego mięśnie się napięły.
- Kim jesteś? - Wyszedł z ciemności, a chwilę później światło latarni oświetliło jego twarz.
- Dylan. Więc, Rana. Nie spodziewałem się, że Lockwood wybrał sobie aż tak piękną dziewczynę. - Popatrzałam na niego zdziwiona. - Oh, no tak. Nie wiesz, o czym mówię, ale to nie ważne. I tak już jest po tobie.
- Co.. - Nie zdążyłam dokończyć. Wyciągnął zza siebie broń, którą wycelował we mnie i oddał strzał. Zamknęłam oczy, aby nie czuć bólu, lecz on nie nastąpił. Ponownie otworzyłam oczy, aby zobaczyć Stevena, który pada na ziemię.

***
HEJ, CZOŁEM I KOLANEM! Witam :D Rozdział jest z delikatnym opóźnieniem, za co przepraszam :)
Jak wam się podobał? Ja nie narzekam, ale jest strasznie krótki. 
Zaplanowałam również, że pod każdym rozdziałem <od teraz> będę dawała małe wskazówki.

WSKAZÓWKA NA DZIŚ:

A teraz. 
- Co sądzicie o rozdziale?
- Wasza ulubiona scena/moment?
- Scena/moment, który sprawił, że chciało wam się płakać?
- Ulubiony cytat?

DO DZIEŁA! :D 


POD TYM ROZDZIAŁEM MUSI
BYĆ CONAJMNIEJ 10 KOMENTARZY,
ABYM  DODAŁA KOLEJNY ROZDZIAŁ.
10 KOMENTARZY = NOWY ROZDZIAŁ.

Trzymajcie się gorąco,
Kocham Was,
~Autorka.



sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział Siedemnasty.



CZYTASZ = KOMENTUJESZ.

Rozdział dedykowany m.in. Nessie,
@Jannet_1D oraz Adzie.
Dziękuję Wam za to, że jesteście
i mnie wspieracie.

Rozdział może zawierać wulgaryzmy.

Muzyka I




*Taya*



Pip. Pip. Pip. - Ten denerwujący dźwięk usłyszałam, gdy odzyskałam świadomość. Jego odgłos sprawił, że moja głowa doznała uczucia, tak zwanego "przeszywania" lub "wbijania się szpilek". Nie chcecie poczuć czegoś takiego, wierzcie mi.
Przez okropny ból, nie tylko w czaszce, ale również w większości mojego ciała, wydałam z siebie głośny jęk, co bardziej podchodziło pod cichy krzyk, co, kto woli.
Otworzyłam oczy, które po chwili odruchowo przymknęłam, nie będąc przyzwyczajoną do białego koloru. "Opanował" większą część pomieszczenia, w którym się znajdowałam. Ramy okien, łóżko wraz z pościelą, drzwi, futryny okien i drzwi. Jedynym wyjątkiem były ściany, które zostały pomalowane na kolor bardzo bladej żółci? A może to był kremowy? Sama nie wiem.
W tej samej chwili do pokoju wszedł mężczyzna w białym kitlu, a w ręce trzymał teczkę. Za dość dużym oknem zauważyłam rodziców, Sashę, Chrisa oraz jeszcze kilka innych osób.
- Jak się pacjentka czuje? - Zapytał, sprawdzając stan mojej kroplówki.
- Gdzie ja jestem? Albo raczej, co ja tutaj robię do cholery? - Delikatnie podniosłam głos, będąc zdezorientowaną w obecnej sytuacji.
- Proszę spokojniej, nie może pani wykonywać teraz zbyt gwałtownych ruchów. Możliwe, że nie pamiętasz niektórych zdarzeń, ponieważ byłaś pijana. Próbowałaś popełnić samobójstwo, skacząc do zbyt zimnej wody. Doszło do wychłodzenia organizmu, inaczej rzecz ujmując, dostałaś szoku termicznego, który spowodował kilku dniową śpiączkę. Gdyby ten chłopak cię nie uratował, teraz nie byłabyś tu z nami. - Odrzekł siadając na moim łóżku. Zaczęłam łączyć wszystkie fakty. Wypiłam zbyt wiele, poszłam nad rzekę, skoczyłam, ktoś mnie uratował. Ale kto? Później wszystko jak przez mgłę. 
- A co jeśli właśnie o to mi chodziło? Jeśli właśnie chciałam się zabić? - Łzy zaczęły wypływać z moich oczu, mocząc twarz oraz poduszkę.
- Co ty mówisz dziecko? - Przysiadł się bliżej mnie. - Posłuchaj. Rozumiem, że jest ci ciężko bez siostry, brakuje ci jej. Twoja mama powiedziała mi o tym, co się stało. Nie możesz się załamywać. Wiem dokładnie, co czujesz. Gdy byłem zaledwie w twoim wieku, albo nawet miałem mniej lat, straciłem trzy siostry i brata w jednym dniu. Zginęli podczas strzelaniny na lotnisku w Heathrow. Wracali z pobytu u babci w Stanach, niestety nigdy nie wrócili. Przeżywałem to samo co ty. Jestem lekarzem od kilkunastu lat, widziałem wiele rzeczy, rozmawiałem z wieloma osobami. Wiesz, co powie ci osoba chora na raka? Że chciałaby nadal żyć, że chciałaby porozmawiać z każdym przyszłym samobójcą, aby szanował swoje życie, która ma. Jedna dziewczynka, którą spotkałem, raz powiedziała mi bardzo mądrą rzecz, "samobójcy to anioły, które chcą wrócić do domu, ale Bóg dał im drugą szansę, aby mogły zostać na ziemi, lecz nie wszystkie z niej korzystają". - Rozmowa z nim uświadomiła mi wiele rzeczy. Westchnęłam. - Dla nich - wskazał palcem na okno, za którym znajdowali się moi najbliżsi - znaczysz więcej niż myślisz. Pomyśl nad tym. - Poklepał mnie po ręce, uśmiechając się i kierując się do wyjścia.
- Proszę pana. - Zwróciłam jego uwagę. - Bardzo dziękuję. I... mogę mieć jedną prośbę? - Podniosłam się delikatnie.
- Oczywiście. 
- Niech nie wpuszcza pan na razie moich rodziców. Tylko tą blondynkę. Nikogo więcej. - Wzięłam głęboki wdech, spoglądając na okno. Lekarz wyszedł z pokoju, a po chwili pojawiła się w nim Sasha. Podbiegła do mnie, delikatnie przytulając i wypłakując się w ramię.
- Prze... - 
- Zanim zaczniesz przepraszać, powiem ci tylko tyle; nie rób tego. Ważne, że żyjesz. Dzięki bogu, że Chris wtedy tam był. - Odpowiedziała, siadając na krześle obok łóżka. Chris? To on mnie uratował? Przed straceniem przytomności, usłyszałam czyiś głos i to na pewno nie był on.
- Podziękuj mu ode mnie. Zrobisz coś dla mnie? - Coś dużo tych próśb jak na jeden dzień.
- Cokolwiek chcesz.



*Narracja trzecioosobowa*



- Evans, gdzieś ty do cholery był? - Zaczął od progu brunet na widok Tristana.
- Załatwiłem to i tamto. - Położył na stole, średniej wielkości, plastikowe pudło. 
- Masz wszystko? - Wszyscy podeszli do nowego obiektu zainteresowania.
- Yup, najlepsze co mógł mi dać i dodatkowo mnóstwo amunicji. - Rozsiadł się na krześle.
- Działo się dzisiaj coś ciekawego? - Brązowo - włosy przeglądał broń, którą dostał w prezencie od znajomego.


- Właściwie, to raczej spokojny dzień, bo nadajnik niczego... - Loczek, sprawdził urządzenie. - Kurwa mać! Ten pierdolony sprzęt padł! - "Szef" spojrzał z przerażeniem na chłopaka. 
- Chyba sobie, kurwa, żartujesz! - Z wściekłością podszedł do niego. Zabrał przedmiot, czyniąc dokładnie tą samą czynność co jego przyjaciel wcześniej, a następnie rzucił nim o ścianę. - James, namierz ją. Teraz!
- Już się robi. - Yammouni jak najszybciej tylko potrafił, wciskał klawisze czarnej klawiatury. - Więc... teraz.. biegnie? - Ponownie sprawdził wszystkie dane, które wpisał, jednak okazały się one poprawne. - Jest w lasach Bricks, ucieka przed czymś.
- Lub kimś. - Dokończył za niego. - Tristan, Beau, Daniel, zbierajcie się. Jedziecie ze mną. Jai, Luke, James, zostajecie. Ktoś musi pilnować terenu.

***

- Jesteście już niedaleko. - Z telefonu mówił James. - Za najbliższym zakrętem jest parking. Zaparkujcie samochód tam, jeden niech zostanie, a reszta kieruje się w stronę północnego wyjścia z lasu na polanę. - Wydał instrukcje.
- Jesteś pewny? - Mruknął nadal naładowany adrenaliną chłopak. Jednak była myśl, która również znalazła się w jego głowie. Jak jej wytłumaczy, że ją znalazł?
- W stu procentach. Do później. - Rozłączył się.
Samochód został zaparkowany na praktycznie pustym parkingu. W tych okolicach rzadko kto bywał, a szczególnie nocą.
- Skip, zostań. Pozostali.. - Nagle na drodze pojawiło się kilka ścigaczy, które chwilę później zniknęły w ciemnościach lasu. - Kurwa! Yammouni, zgłoś się. - Włączył radio, które połączyło go z radiem znajdującym się w magazynie.
- Zauważyłem. Nie mają szans jej znaleźć. Oni będą szukać dziewczyny po całym terenie lasu, a wy macie wyznaczony kierunek. Ruszcie tyłki to będziecie szybciej. Teraz.

***

- Słyszycie to? - Wszyscy przystanęli na moment. W oddali wydawał odgłosy pracujący silnik ścigacza, powoli zbliżającego się do grupy. - Przygotujcie broń. Pozbawimy go opon. Za drzewa. - Pojazd był co raz bliżej. Chłopak, prowadzący go mijał drzewa, rozglądając się. W pewnym momencie usłyszał strzał, przebijający oponę Hondy Fireblade. W porę reagując, zeskoczył, zyskując zaledwie kilka siniaków. Zobaczył jak jednoślad rozbija się o drzewo. Zdezorientowany, stał nie ruchomo, dopóki kilka metrów przed nim nie pojawiło się kilka osób, mniej więcej w jego wieku. Jeden z nich, który najpewniej był mężczyzną wyciągnął przed siebie rzecz, odbierając mu życie.



***
Polana, do której zmierzali członkowie gangu nazywała się Polaną Centralną, ponieważ łączyła wszystkie cztery wyjścia lasu. Pokonali już duży obszar terenu w stronę wymienionego wcześniej miejsca, a dziewczyny nadal nie znaleźli. Mimo tego, siedemnastolatek nadal mówił im, że ona także zmierza w tym samym kierunku. Jedyne, co go dziwiło to, to, że poruszała się z wielką jak na człowieka prędkością. Zostały im ostatnie cztery metry, które po pokonaniu ich, ukazały ogromną przestrzeń. W połowie, miejsce to, przecinała rzeka, która płynęła przez całe miasto Mystic Falls. Na środku stała drobna osoba. Rana. Najwyraźniej przystanęła by móc zaczerpnąć powietrza. Odwróciła się w stronę trójki. W dziwnym geście, rozłożyła ręce, a po chwili zaczął wiać silny wiatr. Na drzewach, przy których stali, wisiały sznury, wyglądające na przyszłe miejsce śmierci samobójców. Jeden sznur zaczepił się o Beau'a, a gałąź, przez wiatr, pociągnęła go do góry, powodując brak dopływu tlenu. Chłopak zaczął się dusić, więc jego towarzysze chcieli mu pomóc. Drugie drzewo "widząc" plany pozostałej dwójki, szybko złapało w swoje sidła Tristana. 
Brunet, jako jedyny wolny, po raz pierwszy nie wiedział co zrobić. Był w pułapce.
Nie minęła chwila, a wszystko rozpłynęło się. To był zwyczajny sen. 


***
- Matt! Do cholery, dajcie tą wodę! - Usłyszał chłopak, a po chwili się obudził pod wpływem zimnej wody. - Nareszcie!
- Pojebało was? - Jęknął, kierując się w stronę szafki. Wyjął z niej suchy t-shirt i założył go na siebie.
- Rzucałeś się po całym materacu, więc musieliśmy. - Przypomniał mu się sen.
- Gdzie jest Tristan?! - Krzyknął.
- Jest na zewnątrz. Wraz z Luke'iem wyciągają sprzęt z samochodu. Czemu pytasz? - Ruszył jak najszybciej na zewnątrz, ignorując nawoływania towarzyszy. Tak, jak też Daniel wcześniej poinformował go, rozpakowywali pudła. 
- Evans! Gdzie ona jest?! Miałeś jej pilnować! - Chwycił chłopaka za bluzę i przyparł do pojazdu.
- Ej, ej, ej, spokojnie. Lockwood, dobrze się czujesz? - Luke próbował odciągnąć wściekłego osiemnastolatka, lecz adrenalina znajdująca się w jego żyłach na to nie pozwalała.
- Stary, Rana jest bezpieczna. - Lokowany odpowiedział zdezorientowany.
- Nie prawda! Nadajnik się zepsuł! - Delikatnie rozluźnił uścisk. Chłopak skorzystał z sytuacji, wyrwał się, a następnie odsunął, wyciągając z kieszeni uprzednio wspomniane urządzenie.
- Widzisz? Działa. Cokolwiek ci się śniło, było złudzeniem. Jest cała i zdrowa. - Matt westchnął, przepraszając. Wrócił do budynku. Potrzebował snu, ostatnie nocne nie były zbyt przyjemne.




*Rana*


- Kurde, wszystko jest takie urocze. Nigdy nie sądziłam, że będę musiała się zastanawiać nad wyborem takich rzeczy. - Zaśmiała się Hope. Byliśmy aktualnie w centrum handlowym, rozglądając się za mebelkami dla dziecka. Ja, moja mama i czerwono - włosa wybrałyśmy się na zakupy. Marcel i Victor też byli z nami, ale wiedząc co się szykuje, wywinęli się i poszli do pierwszego lepszego sklepu sportowego. Hope ubrała się jak zawsze, czyli na luzie. Bluzka, spodnie w czerwono - czarną kratę, bluza, którą pożyczył jej Victor, kilka bransoletek i glany. Moja mama natomiast, w typowy dla niej styl. Niebieska bluzka, sweter, jeansy, botki, torba i kurtka. A ja? Więc... Miałam na sobie czarną bokserkę, koszulę moro, skórzaną kurtkę, glany, jeansy i kilka bransoletek. Nie przesadzałam, prawda?
- Tak to właśnie jest przy dziecku. Trzeba wybrać miliony rzeczy, które i tak nie będą później potrzebne. - Wyszłyśmy już z trzeciego sklepu. Nie wiedziałam, że będziemy musiały wchodzić do każdego...
Przy jednym ze sklepów zobaczyłam Luke'a i Jai'a. Serio? Akurat teraz musieli tutaj być? Pomyślałam. Przez to, że się zamyśliłam, wpadłam na kogoś, a rzeczy trzymane przez niego, upadły na podłogę.
- Przepraszam, zagapiłam się. - Pomogłam tej osobie pozbierać wszystkie rzeczy. Był nią chłopak, dość wysoki o brązowych włosach. Skądś go kojarzyłam.
- Nic się nie stało, Rana.
Skąd on mnie znał? Czyli to pewne, że oboje się znamy, ale ja go nie pamiętam.
- Widzę, że mnie nie pamiętasz. Steven, chodzimy razem na angielski. - Przedstawił się. No racja, siedzi w ławce obok mnie.
- No tak. Przepraszam jeszcze raz. - Podałam mu jego rzeczy, wstając. Był miłym chłopakiem, nie wnioskuję tego na podstawie dzisiejszego spotkania.
- A ja mówię jeszcze raz, nic się nie stało. Do zobaczenia w szkole. - Uśmiechnął się. - Zapomniałbym. Uważaj na tych nowych, Brooks'ów. Nie są tacy, jacy ci się wydają.
- Um, okej. Do zobaczenia. - Odwzajemniłam. W kieszeni spodni poczułam wibracje. Wyciągnęłam z niej telefon, na wyświetlaczu pojawił się napis "Marcel". 
- Gdzie jesteś? Wszyscy cię szukamy. 
- A gdzie wy jesteście? Zaraz do was przyjdę. - Rozejrzałam się wokół siebie. Nikogo znajomego.
- Oni już wracają do samochodu, ja czekam na ciebie. Jestem przy windach. - Możecie mi wierzyć lub nie, ale Marcel zmienił się. Jest bardziej pewny siebie, inaczej się ubiera. No, z charakteru tylko jest bardziej pewny siebie, a tak, to wszystkie cechy nadal są na swoim miejscu. Chyba.

***
- Marcel, jedziesz do domu czy do nas? - Zapytała mama w drodze powrotnej. Spojrzałam na niego, a on na mnie. Posłałam mu uśmiech, na który zareagował tak samo.
- Jeśli nie ma pani nic przeciwko, to z chęcią się wybiorę się do was. - Nadal zastanawiałam się nad słowami Stevena. Nie są tacy, jacy ci się wydają. Muszę go o to zapytać.
Prócz tego, przed snem chciałabym poczytać znów mój pamiętnik.
Wsłuchiwałam się w rozmowę tej dwójki na temat tego, jakie imię wybrać dla dziecka. Zabawne.
Znajdując się już w moim pokoju, nawiązaliśmy rozmowę.
- Skoro jesteśmy teraz sami, to w końcu mogę cię o coś zapytać. - Zaczął. - Masz ochotę pójść ze mną na bal zimowy? Jest za dwa tygodnie i całkowicie zrozumiem jeśli odmówisz, bo.. - Przerwałam mu, całując go.



- Dobrze się czujesz? Marcel, jestem twoją dziewczyną, oczywiście, że z tobą pójdę. - Zaśmiałam się na jego pytanie. 
- Różnie bywa. - Dołączył do mnie.

***

Gdy chłopak opuścił mój pokój na stałe, odprowadziłam go, a następnie ponownie wróciłam do pokoju. Powędrowałam ku szafie, otwierając ją. Wyciągnęłam z jej dna czarny notes. Ponownie ją zamknęłam i usiadłam na łóżku.
Westchnęłam, przebiegając palcami po włosach. Przeczytać?
Otworzyłam zeszyt, szukając odpowiedniej strony.

Wpis 38.
07.11.2012

Pamiętniku.
Dzisiaj się pokłóciliśmy. Znowu.
Hope zauważyła blizny. Mam przejebane. Rozmawiała z moją mamą. Za kilka dni zaczynam leczenie. Oni nie widzą tego, co widzę ja. Uważają, że Chris źle na mnie wpływa, ale to nie prawda. Kocham go, a on mnie? Chyba tak.

Pamiętam tą kłótnię. Każdy szczegół.
Weszłam do szkoły. Stał tam, przy swoich kolegach z drużyny. Wzdychając, skierowałam się do swojej szafki szkolnej. Czekała przy niej Hope z Mattem. Spuściłam głowę, poprawiłam plecak i naciągnęłam rękawy.
- Rana, nie widzisz tego, jak on cię olewa? Tylko cię krzywdzi. Jest z tobą, bo jesteś jedną z popularniejszych dziewczyn w szkole. - Powiedziała Hope, gdy otwierałam szafkę.
- Skoro jestem "jedną z popularniejszych", to dlaczego nie wybrał innej? - Wyciągnęłam książki i piórnik, po czym schowałam do torby.
- Hm, niech no pomyślmy, bo chce cię zaciągnąć do łóżka? Tak jak to zrobił z każdą inną? - Do rozmowy dołączył się Matt.
- Fajnie tylko, że tego nie zrobił, a jesteśmy razem ponad osiem miesięcy. - Trzasnęłam drzwiczkami, odchodząc od moich przyjaciół.
- Do cholery jasnej, Higgins zatrzymaj się! - Dziewczyna nie dawała za wygraną i pociągnęła mnie. - Dobrze wiesz, że chcemy tylko twojego dobra. On nie jest odpowiednim chłopakiem dla ciebie. Chris cię niszczy, wykańcza psychicznie. 
Spojrzałam w jego kierunku. To była prawda, ale mimo tego, ja go kochałam. Nie potrafiłam zostawić.
- Możesz to teraz zakończyć. Wszystko, co cię z nim łączy. - Brunet potarł moje ramię. Nie chcąc przeszkadzać blondynowi, wysłałam mu SMS'a.


Niemal natychmiastowo dostałam odpowiedź.


Spojrzałam na blondyna, który kiwnął głową w stronę wyjścia. Ruszyłam za nim, czując na sobie wzrok nie tylko zazdrosnych dziewczyn, ale i przyjaciół.
Wyszliśmy, siadając na starym murku. Z kieszeni wyjęłam paczkę niebieskich LM'ów, wyciągnęłam jednego papierosa, którego odpaliłam. 
- O czym chciałaś porozmawiać? - Zapytał, stając pomiędzy moimi nogami i kładąc ręce na biodrach. Chłopak wyjął dawkę nikotyny z moich rąk, zaciągnął się, a dym wypuścił z ust, dzieląc się ze mną.
- Boli mnie to, wiesz? - Unikałam jego wzroku, bo wiem, że jeśli spojrzałabym na niego, to nie skończyłoby się dla mnie za dobrze. Kończąc palić, zgasiłam filter, którego wyrzuciłam na ziemię. - Boli mnie, że mnie olewasz, że koledzy są ważniejsi, nawet, że nie masz pieprzonej chwili, aby do mnie podejść na przerwie.
- Rana... - Zaczął, lecz nie pozwoliłam mu dokończyć.
- Nie, Chris. To..
- Nie! Nie kończ! Proszę, pozwól mi to naprawić, naprawdę cię kocham i chcę z tobą być. Przepraszam. - Wtulił się we mnie niczym małe dziecko w matkę, przepraszając. Wtedy zauważyłam pod szkołą Hope i Matta, którzy obserwowali całą sytuację. Pokiwałam przecząco głową w ich kierunku. Oparłam brodę na głowie blondyna i pozwoliłam łzom, spływać po policzkach.

Ominęłam kilka wpisów i przeczytałam kolejny.

Wpis 45.
14.11.2012

Pamiętniku.
Szczerze? Mam wszystkiego dosyć. Wszyscy przeprowadzali ze mną szczere rozmowy. Lecz to mi nic nie daje.
Hope rozmawiała z Chrisem, widziałam ich. On wyglądał na zdziwionego.

Cieszę się, że to wszystko się skończyło.
A co do Stevena, to dowiedziałam się, że mieszka obok mnie. Odłożyłam zeszyt na parapecie. Spal go. Nie będzie ci więcej potrzebny. Podpowiedziała mi moja intuicja. Włożyłam pierwsze lepsze trampki, założyłam bluzę, schowałam do kieszeni telefon i zapalniczkę, a zeszyt chwyciłam w ręce. 
Już po chwili spacerowałam ulicą. Postanowiłam wybrać się na boisko szkolne. Będąc jakieś kilkanaście metrów od ustalonego celu, zobaczyłam braci Brooks'ów i trzech innych chłopaków, grających w koszykówkę.
Zdecydowałam jednak minąć ich i wybrać jakieś inne miejsce. Zanim jednak to zrobiłam, naciągnęłam na głowę kaptur.
- Zapraszamy do nas! - Krzyknął jeden z nich. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jesteś głupia. Wpakujesz się w coś i Tristan cię nie uratuje.  
- Nie skorzystam. - Przybliżyłam się. Cała paczka zaprzestała grania.
- My jednak nalegamy. - Zaśmiał się chłopak bardzo podobny do Luke'a i Jai'a. - Moglibyście przedstawić koleżankę.
- To jest Rana. Rana, to jest nasz starszy brat Beau, przyjaciel Daniel, inaczej Skip i James, chodzi do klasy niżej. - Przedstawił Jai.
- Miło mi poznać, oryginalne imię. - Najstarszy z braci podał mi rękę, którą uścisnęłam. Dlaczego miałam wrażenie, że on mnie znał?
- Mów to mojej mamie, z pewnością nie była trzeźwa, gdy mi je nadawała. - Przewróciłam oczami. Wszyscy zaśmiali się.
- Masz ochotę z nami zagrać? - Wahałam się nad odpowiedzią.
- Właściwie to...
- Nie może, bo wybiera się ze mną na obiecany spacer. - Nagle znikąd pojawił się Steven.
- Potrafi za siebie decydować. - Widać, że chłopak podniósł ciśnienie Luke'owi.
- Brooks, jest okej. Obiecałam mu spacer, a ja obietnic dotrzymuję. - Wstawiłam się za mojego wybawiciela. - Do zobaczenia.



*Narracja trzecioosobowa*



-Wzmocniłeś nadajniki? - Matt rozmawiał z Jamesem na temat urządzeń i ich ulepszeń, gdy Beau postanowił wkroczyć.
- Ja bym się nie obawiał tego czy nadajniki są mocne. Mam przypuszczenia, kto jest naszym wrogiem. - Zaczął.
- Możesz mnie oświecić, jakie są twoje propozycje?
- Steven. Steven McQueen. - Odpowiedział. - Ostatnimi czasy często kręci się wokół niej. Zawsze, gdy my jesteśmy w pobliżu, on wkracza.
- Sprawdziłeś go? - Brunet skierował się do Yammouni'ego.
- Tak, czyste konto, od dziecka mieszka w mieście, jest jej sąsiadem. - Lockwood zmęczony opadł na fotel.
- Mamy nowy problem.


***
SIEMANECZKO MIŚKI! Więc tak. Jest 2.00 w nocy, a właściwie po drugiej, haha xd
Soł. Mamy nowy szablon, jak wam się podoba? :) MATT SIĘ UJAWNIŁ :O Co do rozdziału, to uważam, że jest BEZNADZIEJNY I CHOLERNIE NUDNY. Doprawdy.
Mam do Was prośbę. Wpadnijcie na bloga @husaria1698. Dziewczyna naprawdę pisze cudownie i szkoda by było, gdyby jej talent się zmarnował :) Tutaj jest link.
ROZDZIAŁ:
- Co wy o nim sądzicie?
- Wasza ulubiona scena?
- Ulubiony cytat z tego rozdziału?

KOMENTARZE:
YAY! Nareszcie się zmotywowaliście :] Ale to nie koniec.
Wierzcie mi, czytam każdy komentarz :)

PS. DZIĘKUJĘ AGNIESZCE ZA POMAGANIE W PISANIU, A SZCZEGÓLNIE ZA PODSUWANIE POMYSŁÓW CO DO DANEJ SCENY :D

10 KOMENTARZY = NOWY ROZDZIAŁ.
Niestety, przez jakiś czas tak musi być.
I'm sorry.

A tutaj Steven! :)
Nie jest on postacią główną, ale
przez jakiś czas będzie obecny.


Do następnego, trzymajcie się ciepło,
~Pajka.