niedziela, 16 marca 2014

Rozdział Czternasty.



JEŚLI PRZECZYTAŁEŚ/AŚ
ROZDZIAŁ, SKOMENTUJ.
TO DLA MNIE WAŻNE.
NAWET ANONIMOWO.





*Marcel*




Na jak długo byliśmy tym 
razem bezpieczni? Na jedną
godzinę, jedną noc czy może
na cały tydzień?*

Po tym bardzo realistycznym śnie, pierwsze co zrobiłem to próbowałem się dodzwonić do Rany. Dzwoniłem po raz kolejny i usłyszałem znów to samo.
- Osoba, do której dzwonisz ma wyłączony telefon bądź jest poza zasięgiem sieci... - Rozłączyłem się i zdesperowany pociągnąłem za końcówki włosów. Musiałem za wszelką cenę sprawdzić, czy wszystko jest z nią w porządku i czy jest bezpieczna. Ubrałem pierwszą lepszą bluzę, która leżała na krześle, po czym wyszedłem na balkon. Zszedłem po pergoli, która ze względu na nadchodzącą zimę była pusta. Czym szybciej ruszyłem w stronę jej domu.

***

Będąc przy jej domu zwolniłem, ponieważ musiałem zachować ciszę. Jak najszybciej dostałem się do ogródka, a z niego na jej balkon. Najpierw sprawdziłem, czy zostawiła drzwi balkonowe otwarte, bo niestety były zasłonięte i nic przez nie nie widziałem. Miałem rację, ponieważ delikatnie popchnąłem drzwi, które się same otworzyły. Odsłoniłem jedną część zasłon, po czym zamknąłem znowu drzwi. Pokój był pusty, a na jej stoliku paliła się jedynie lampka. To niemożliwe. Jak ten sen był możliwy? Łzy niekontrolowanie cisnęły mi się do oczu oraz zaczęło mi brakować powietrza. Wyszedłem ponownie na balkon i oparłem się o barierkę, powoli płacząc. W pewnej chwili zaprzestałem, bo zauważyłem samochód podjeżdżający pod dom państwa Higgins. Niecałą minutę później zobaczyłem wychodzącą Ranę. Co do cholery? 



*Rana*


Wyszłam z samochodu, zamknęłam drzwi i skierowałam się w stronę domu. Całe moje ciało powoli drętwiało z zimna. Stojąc przy drzwiach, zdjęłam kaptur z głowy. Po chwilowym przeszukaniu wszystkich kieszeni, mogłam stwierdzić, że nie mam przy sobie kluczy. Najwyraźniej je zgubiłam. Rodzice mnie zabiją. Odsunęłam donicę, która stała obok drzwi, zabierając zza niej zapasowe klucze. Otworzyłam zamek i z powrotem wrzuciłam je na ich miejsce. Weszłam do środka, a stamtąd pokierowałam się prościusieńko do własnego pokoju. Otwierający się, drewniany prostokąt wydał z siebie delikatne skrzypnięcie, gdy otwarłam wejście do pokoju. Równie cicho zamknęłam go, lecz ponownie wydał z siebie uciążliwy dźwięk, na który przygryzłam wargę i ściągnęłam brwi. Odwróciłam się i zobaczyłam, że zasłony delikatnie powiewają na wietrze, co oznaczało, że wyjście jest otwarte. Niepewnie podeszłam do niej, rozsunęłam obie części, a moje serce przyśpieszyło. Na balkonie stał Marcel. Nie wierzyłam własnym oczom. Co on tutaj robi?
Otworzyłam drzwi, gestem ręki pokazując mu, że ma wejść. Gdy tylko zwróciłam się w jego stronę, chłopak przytulił mnie, a ja to odwzajemniłam. 



- Gdzie ty byłaś? Coś ci się stało? Co to był za samochód? - Potok pytań wypływał z ust mojego chłopaka. Pociągnęłam go za rękę w stronę łóżka, po czym usadowiłam go na nim.
- Zaczekaj, dobrze? Wiem, że to bardzo ważna rozmowa, ale najpierw muszę wziąć ten pieprzony prysznic, bo zamarznę. - Powiedziałam, dając mu przelotnego całusa w usta. 

***

Zakończyłam wszystkie czynności, które chociaż trochę pozwoliły mi się ogrzać i takim sposobem, kładłam się właśnie do łóżka. 
- Okej, więc.. wyszłam sobie na spacer, bo nie mogłam zasnąć i jestem cholernie głupia. Zabłądziłam, mój telefon się rozładował, a ja nie znałam okolicy. Szłam i w pewnym momencie spotkałam kolegę, który postanowił mnie podwieźć do domu. Cała historia. - Wytłumaczyłam.
- Naprawdę, to głupie zachowanie z twojej strony. Zawsze mogło ci się coś stać, wiesz o tym? Rana nie możesz już tak więcej robić. - Mruknął Marcel w moje włosy, leżąc dokładnie obok mnie. 
- Tak, wiem. - Podniosłam się do pozycji siedzącej. - Po prostu, ja większość swojego czasu od zawsze spędzałam na spacerach lub w lasach. Tam mogę się wyciszyć, odpocząć i na spokojnie pomyśleć. - Mówiłam, patrząc przed siebie. 
- Rozumiem. Ja od zawsze miałem tak z biblioteką czy także lasami. - Chłopak przybrał tą samą pozycję co ja i objął mnie ramieniem. Usiadłam naprzeciw niego.
- Mój tata dzisiaj pytał się, czy ze sobą sypiamy.. - Zaczęłam dość niezręcznie. Marcel jedynie spojrzał na mnie jak na kosmitę.
- Naprawdę? Co mu powiedziałaś? - Przysunął się bliżej mnie.
- Prawdę. Powiedziałam, że nie, bo to za wcześnie i nie mamy zamiaru się śpieszyć. - Opuściłam głowę, śmiejąc się. 
- Kocham Cię, wiesz? - Przyciągnął mnie do siebie, po czym znów położyliśmy się.
- Wiem, bo ja Ciebie też kocham. - Wtuliłam się w niego. Zasnęliśmy nawet nie wiedząc kiedy.



*Hope*



Wstałam po piątej rano, czując się cholernie źle. Nie przespałam większości nocy. Zasnęłam dopiero przed trzecią. Przepłakałam ją. Jeden moment, jedna decyzja, jeden test, dwie kreski. Siedząc na łóżku znowu zaczęłam płakać z bezsilności. 
Jestem w ciąży. 
Tak, to dziecko Victora, ale gdy on się o tym dowie, będzie chciał mnie zostawić. 
Nie mogę, nie chcę i nie potrafiłabym usunąć tego dziecka, ale też nie chcę go stracić. 

***

Późnym rankiem, czyli mniej więcej o dziesiątej postanowiłam porozmawiać z Raną. Mam nadzieję, że przynajmniej ona mi pomoże. Ubrałam się w najzwyklejsze przetarte jeans'y, szary t-shirt oraz bluzę w czarno - czerwoną kratę. Zeszłam na dół, gdzie ubrałam buty. 
- Gdzieś wychodzisz? - Zapytała moja mama wychodząc z kuchni. Średniego wzrostu 40-letnia kobieta z czarnymi włosami. Rozpuszczone sięgały jej  do ramion. Nie byłyśmy do siebie podobne, byłam bardziej podobna do ojca. Zawsze weekendy miała wolne, więc spędzała je do południa w domu lub na zakupach, a wieczory, w klubach. Chociaż nie zawsze. Wracając.
Wstała w progu, ze ścierką to znaczy, iż najprawdopodobniej robiła obiad.
- Tak. Idę do Rany. - Mruknęłam zawiązując sznurówki. 
- O której wrócisz? - Westchnęłam.
- Nie wiem. Jak wrócę, to wrócę. - Odwróciłam się w jej stronę.
- Pozdrów jej rodziców. - Wróciła do swoich poprzednich czynności, a ja skierowałam się w stronę domu mojej przyjaciółki. 

***

- Cześć, Hope. - Przywitał mnie tata Rany. Był dla mnie jak wujek i  bardzo często go tak nazywałam. 
- Dzień dobry. Jest może Rana w domu? - Wpuścił mnie do środka i przytaknął głową. Zdjęłam obuwie, udając się do odpowiedniego pokoju. Zapukałam. Słysząc "proszę" po prostu weszłam. Brunetka leżała na dywanie, głową do sufitu. Zapewne miała dzień typu "mam dosyć, zostawcie mnie w spokoju" czy "nie mam na nic ochoty". 
- Dobry ruda. - Podniosła się, zwracając swój wzrok na mnie. Zamknęłam za sobą drzwi i usiadłam obok niej.
- Nie wiem czy taki dobry. Wręcz przeciwnie. - Przyjęłam jej poprzednią pozycję. 
- Co jest? Pokłóciłaś się z mamą czy Victorem? - Spojrzałam na nią. Miała zmartwiony wyraz twarzy za każdym razem, gdy miałam zły dzień lub po prostu nie zaczął się dobrze. Wyczuwała takie rzeczy. 
- Nie, nic z tych rzeczy. - Zdecydowałam się jednak usiąść. - To... coś o wiele gorszego. - Zaczęłam się rozglądać na wszystkie strony, próbując nie nawiązać kontaktu wzrokowego z Raną i nie rozpłakać się, chociaż oczy powoli zaczynały mnie piec. 
- Hope, co ty zrobiłaś? - Przyjaciółka przysunęła się bliżej mnie, po chwili chwytając za ręce. W tej chwili wybuchłam płaczem, którego nie mogłam opanować. Rana przytuliła mnie do siebie, delikatnie nas kołysząc. Próbowała uspokoić, ale nie wychodziło jej to. 
- Jestem w ciąży... - Wyszeptałam pomiędzy atakami płaczu. Dziewczyna mocniej mnie przytuliła, jednocześnie pozwalając wypłakać się.
Gdy trochę się uspokoiłam, odsunęłyśmy się od siebie. 
- On wie? - Wytarłam oczy rękawami bluzy.
- Nie. Sama dowiedziałam się dopiero wczoraj. Jeśli on się o tym dowie, zostawi mnie. - Nigdy nie rozmawialiśmy z Victorem na takie tematy. Byliśmy po prostu za młodzi. Z resztą nadal jesteśmy. Nie damy sobie rady. Został nam jeszcze rok szkoły. A moja matka? Wyrzuci mnie z domu. To zbyt pewne. 
- Kiedy mu powiesz? - Zadała kolejne pytanie.
- Chciałabym dzisiaj. Żeby być pewną na czym stoję. - Odpowiedziałam.
- Będzie dobrze. Jestem tego pewna słońce. On Cię kocha i nie zostawi. Vic taki nie jest, pamiętasz? - Podnosiła mnie na duchu. 
- Pamiętam, ale większość chłopaków takich jest, a gdy przychodzi co do czego, to uciekają i zostawiają. - Oparłam się plecami o łóżko. Westchnęłam z braku sił.
- Nie. On taki nie jest. A jeśli Cię zostawi, to osobiście skopię mu tyłek, chociaż wątpię w to, że to zrobi. - Zaśmiałam się delikatnie na jej wypowiedź.
 - Pójdę już. Muszę jeszcze z nim porozmawiać. - Wstałam z podłogi. 
- Powodzenia. I pamiętaj, zadzwoń jak pogadasz z nim. - Przytuliłyśmy się na pożegnanie, a ja musiałam przygotować się do cholernie ważnej rozmowy, która w pewnym sensie decydowała o mojej przyszłości.




*Narracja trzecioosobowa*



- Niezła kolekcja. - Zaczepił brunet, chwytając w dłoń najnowszą broń
- Nic wielkiego. Można powiedzieć, że to praktycznie nic. - Odparł Tristan, podchodząc do chłopaka z tabletem. 
- Nie bądź taki skromny. Odwaliłeś kawał dobrej roboty. - Pochwalił go.
- Whatever. - Mruknął. - Mam dla ciebie nową informację. - Chłopak przygryzł dolną wargę w zakłopotaniu.
- Jaką? - Jego przyjaciel podniósł brew.
- Więc... Hope jest w ciąży. - Brunet wypuścił z rąk trzymaną broń, która upadła na podłogę starego magazynu z hukiem.
- Co kurwa? W ciąży? - Nie dowierzał.
- Tak. Co zrobimy z tym faktem? - Tris podniósł dwururkę, która spadła na ziemię i odłożył ją wraz z urządzeniem na stół.
- Zakładamy jej silniejszą ochronę. Mamy szczęście, bo reszta dzisiaj wraca. - Westchnął brunet.
- Reszta? - Zdziwił się Evans.
- Brooks'owie, Sahyounie i Yammouni. - I nagle wszystkie wspomnienia wróciły. Od przedszkola, po gimnazjum. Niezapomniane akcje, za które nie raz płacili wolnością.
- Kogo będzie przydzielony do kogo? - Tablet ponownie wylądował w rękach chłopaka z delikatnymi lokami. Próbował nie okazywać radości z powrotu jego dawnych przyjaciół, lecz nie wychodziło mu to. 
- Czy to ma większe znaczenie? - Zaśmiał się.
- Wątpię. Um.. jest jeszcze jedna sprawa. - 
- Chcesz mnie jeszcze dobić Tristan? Śmiało. - Chłopak opadł na krzesło. 
- Nie, to raczej nie psuje planów. - Poprawił włosy. - Wczoraj Rana wybrała się na spacer, zabłądziła. Znalazła się w mojej dzielnicy, więc uznałem, że moim obowiązkiem będzie odwiezienie jej do domu. Tak też zrobiłem, a na koniec dowiedziałem się, iż dostała wiadomość od kogoś, kto napisał jej coś w stylu "wykonuj moje zadania albo tego pożałujesz". Ta osoba, dowiedziała się jakimś cudem, że jej mama jest w ciąży i ma na nas haka. - Wytłumaczył Tristan.
- Pierdolony skurwysyn. To on pożałuje, jeśli zrobi cokolwiek. - Chłopak wstał, wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, odpalił jednego i zaciągnął się. Po chwili wypuścił pierwszą chmurkę dymu nikotynowego. - Ale dobrze zrobiłeś. 
- Też byś się tak zachował w mojej sytuacji. - Spojrzał na godzinę w telefonie, która wskazywała 12:31. - Muszę lecieć. Umówiłem się z handlarzem sprzętu monitorującego na spotkanie. Widzimy się wieczorem.
- Do wieczora. - Pożegnali się, po czym brunet załadował broń.





*Taya*


Siedziałam sobie spokojnie w pokoju dopóki moja siostra nie przyszła i nie kazała się ubrać. Włożyłam na siebie pierwszy lepszy czerwony t-shirt, luźne spodnie dresowe i moje ulubione Nike. W razie potrzeby zabrałam ze sobą plecak, a będąc przed lustrem założyłam kurtkę skórzaną. Maya wyszła ubrana natomiast przeciwnie do mnie. Czarna spódnica, czerwona koszula gościły na niej, a na jej stopach czerwone buty na platformie. Jak zawsze była umalowana. 
- Gdzie my właściwie się wybieramy? - Usiadłam na sofie, będąc pewną, że jeszcze sobie na nią poczekam. Zostało jej jeszcze spakowanie swojej torebki, co jest dziwne, dzisiaj wyrobiła się szybciej lub po prostu wcześniej ją spakowała. 
- Jedziemy z Sashą na zakupy. - Rzuciła mi klucze do czarnej Hondy Accord
- I ja znowu mam robić za szofera? - Prychnęłam.
- Nie przesadzaj, zawsze z nami jeździłaś i nie było problemów. - Ubrała również skórzaną kurtkę i poprawiła włosy.
- Ugh, no dobra. - Zdenerwowana wyszłam z domu i odpaliłam samochód. Rozłożyłam jeszcze dach, ponieważ dziewczyny jak zawsze będą narzekać, że ich fryzury się zniszczą. Tak, więc wykonałam to co miałam, wsiadłam ponownie do pojazdu i włączając radio, czekałam aż Maya się ruszy. Dwie piosenki później raczyła się pojawić. Nie mówiłam już nic, tylko skierowałam się pod odpowiedni dom.

***

Na chodniku czekała już Sasha na której widok czasami miałam ochotę zwymiotować. Zdecydowanie ubierała się zbyt często na różowo. Tym razem miała na sobie różową bokserkę, na to różowy sweter, zwykłe jeans'y, czarne koturny. Na zgięciu łokcia torebka, która też była różowa, szyję zdobił naszyjnik z literką C, który dostała od Chris'a na ich rocznicę. 
- Hej! - Przywitała nas, zajmując miejsce z tyłu. Maya odwzajemniła jej powitanie, a ja jedynie mruknęłam coś pod nosem.


***

Po kilku godzinach spędzonych na wędrowaniu ze sklepu do sklepu, miałam dość. Kolejny sklep, a ja już miałam ochotę rzucić się na podłogę. Sasha zaczęła przeglądać sukienki na pierwszym lepszym wieszaku.
- Wiecie, mam pewien plan. - Rozpoczęła.
- Jaki? - Zadałam to pytanie z czystej grzeczności.
- Z Marcela zrobił się fajny chłopak, a on jest z tą suką, więc może zniszczymy ich związek? - Ją już chyba do końca pojebało. Co jak co, ale w tym momencie naprawdę się wkurwiłam.
- Sasha, dobrze się czujesz? To już przegięcie. - Wstałam z fotelu i wychodząc dodałam jeszcze. - Nie wiem co się z tobą stało, ale teraz naprawdę jesteś pojebana.

***
*Cytat z książki "U-38" autorstwa Max'a Valentiner'a.
HELLO! Jak tam u Was miśki? Mi się rozdział no nawet podoba :) Mam nadzieję, że komentarzy będzie wiele, bo naprawdę proszę Was tylko o to. To zajmuje naprawdę niewiele czasu. PISZCIE CO O NIM SĄDZICIE! :D 

PS. Tak, dzisiaj tak krótko xD
JEŚLI PRZECZYTAŁEŚ/AŚ ROZDZIAŁ
ZOSTAW PO SOBIE KOMENTARZ.
DLA CIEBIE - CHWILA
DLA MNIE- MOTYWACJA, WIELKA MOTYWACJA.
NIE PROSZĘ KOCHANI O ZBYT WIELE.


TAK, WIĘC CZYTASZ = KOMENTUJESZ.


~Autorka.

środa, 26 lutego 2014

Rozdział Trzynasty.




Polecam włączyć każdą
piosenkę, którą tutaj
podam, ponieważ
nadają nastroju.

Pojawiają się wulgaryzmy
oraz mogą pojawić się
treści/sceny drastyczne.




*Marcel*




Będę twoim bezpieczeństwem
Ty będziesz moją damą
Zostałem stworzony, 
by utrzymać ciepło twojego ciała
Ale jestem zimny niczym podmuch wiatru,
więc weź mnie w swoje ramiona.*

-Rana? Rana, słońce otwórz drzwi. - Prosiłem, delikatnie uderzając w nie. Jedyne co usłyszałem to cichy szloch. - Kochanie, proszę. - Zamek ustąpił, a ja wraz z moją kuzynką wkroczyliśmy do środka. Objąłem dziewczynę swoimi ramionami i szeptałem uspokajające swoje, a Jannet właśnie wzywała policję.
- Będą za chwilę. - Klęknęła obok nas.
- Słoneczko, będziesz musiała powiedzieć im co się stało, chcemy Ci tylko pomóc.. - Spokojnie mówiłem każdy wyraz, przytulając ją do siebie. Przytaknęła, powoli się uspokajając. Spojrzałem na kuzynkę. Była wystraszona, zdezorientowana i zdenerwowana, tak samo jak ja. Oboje nie wiedzieliśmy, co się stało. Jedynie Rana wiedziała. Jedyne co chcę wiedzieć, to to, czy coś jej ta osoba zrobiła.
- Czy ta osoba coś Ci zrobiła? - Odsunąłem ją delikatnie, zwracając wzrok na jej twarz. Kilka siniaków.
- Nic... nic poważnego. - Wydusiła z siebie, pomiędzy szlochem. Ponownie przyciągnąłem ją do siebie, a po chwili usłyszeliśmy syreny policyjne. Później wszystko działo się szybko.
Policja.
Przesłuchanie.
Zabezpieczenie dowodów.
Zapewnienie bezpieczeństwa.
Muszę przy niej być cały czas. Nie mogę jej opuścić.**

Wspomnienie sprzed dwóch tygodni powróciło jak bumerang, gdy siedziałem na apelu, w szkolnej auli, obok Rany i reszty. Ściskałem delikatnie jej rękę. Minęły dwa tygodnie, szkoła ustalała przez ten czas, czy nie będzie bezpieczniej na jakiś czas zamknąć szkołę. Dopóki sprawa się nie wyjaśni i nie złapią mordercy.
- Dobrze, więc uczniowie. Dokładnie wiecie, co dzieje się od jakiegoś czasu w Mystic Falls. Nie mamy na to wpływu, na jakiś czas zawieszamy szkołę. Jak na razie na dwa tygodnie, a później zobaczymy. - Przekazał dyrektor, stojąc na scenie. W rogu sceny stał jeden z funkcjonariuszy, a kilkoro innych było rozstawionych po całym pomieszczeniu. Atmosfera była, delikatnie rzecz ujmując napięta. Każdy się bał. Każdego mogło to spotkać, ale spotkało akurat Ranę. 



*Rana*


Co powiedziałam policji? Praktycznie wszystko. Oczywiście nie powiedziałam o Tristanie. Nie wiem, dlaczego. Uratował mnie. To nie było tak, że był w odpowiednim miejscu, czasie. Najwyraźniej od dłuższego czasu mnie śledził...
Sama nie wiem. Brałam pod uwagę wszystkie opcje. 
Od tamtego czasu też go nie widziałam. Może to lepiej? Nie wiem.
Wiem, jedno. Chcę i muszę zapomnieć o wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce do tej pory. Pragnę spokojnego życia. Takiego jak przedtem. 
Nie chciałam o tym myśleć. Nie chciałam czegokolwiek analizować, rozgryzać, dowiadywać się. Marzę o spokoju.
Co powiedziałam Marcelowi? Wszystko. Nie potrafiłam tego trzymać w sobie. Pękłam. On powiedział o wszystkim reszcie. Nawet Jannet. 
Co prawda, nie byłam z tego zadowolona, ale wcześniej czy później musiałabym powiedzieć im też. Od tamtego włamania, mam stałą ochronę. Nie tylko policji, ale także mojego chłopaka. Nie odstępuje mnie na krok, a jeśli już to robi, to ktoś inny jest ze mną. Ktoś, czyli Jannet lub Vic z Hope, a nawet Matty. Wracając. Siedziałam na tym nudnym apelu, po mojej prawej Marcel, po lewej Hope, Victor, Matt. Nie spuszczali mnie z oka. Marcel zmienił się. Nie z charakteru, lecz z wyglądu. Nie miał już ulizanych włosów. Nie ubierał się już dawniej. Włosy zostawiał takie jak po przebudzeniu, ubierał się jak każda normalna osoba. Czy mi to przeszkadzało? Nie. Jeśli chciał to mógł, ja nie miałam zamiaru mu czegoś zakazywać i nakazywać. Teraz miał na sobie zwykłe jeans'y, biały T-shirt ukryty pod wymiętą koszulą, na to miał założoną niebieską bluzę z kapturem i kurtkę. Na jego głowie znajdowała się czapka. Zima wielkimi krokami zbliżała się. Był już początek listopada, było co raz zimnej, a wiatr wiał co raz częściej i mocniej. Budynek szkoły został dzisiaj wyłączony z ogrzewania, bo skoro i tak będzie zamknięty na najbliższy czas, to nie miało by to sensu. Ja nie miałam na sobie czegoś szczególnego. Zwykła koszulka moro, czerwone spodnie w czarną kratę, czarne glany. Do tego miałam na sobie jeans'ową kurtkę z naszywkami na plecach, i ćwiekami na ramionach, którą dostałam od Matt'a w ramach przeprosin. Kto by pomyślał? Na szyi wisiał naszyjnik z dwoma wisiorkami, a na ręce znajdowała się bransoletka z podobizną wilka. 



***
Po skończonym apelu, wyszliśmy ze szkoły i poszliśmy na parking. W tłumie uczniów, którzy chcieli znaleźć się jak najszybciej w domu, aby później odpocząć od szkoły, wypatrzyłam całą grupę "popularnych" i bogatych dzieciaków. Sasha jak zawsze przesadziła. Dosłownie. Założyła Różowy bezrękawnik, cienkie czarne legginsy, a na to tylko czarna marynarka. Typowe buty "emu" i czapka zimowa. Prędzej bym zamarzła. Maya i Taya, ubrały się tak samo. Z taką różnicą, że ta druga ubiera się bardziej sportowo i ją lubię. 
Cały czas trzymałam Marcela za rękę. W ogóle nie odstępował mnie na krok. Rodzice i przyjaciele z resztą też. Mniejsza o to. Jannet miała już dawno wyjechać z miasta, ale przywiązałyśmy się do siebie i namówiła mamę, aby tu mieszkać. Obecnie nie ma jej w Mystic Falls, ponieważ musiała wrócić z mamą do Manchesteru, aby spakować wszystkie swoje rzeczy i móc przeprowadzić się.
Dzisiaj wyjątkowo po szkole miałam być sama w domu. Czerwono - włosa wraz ze swoim chłopakiem musieli pilnować jego rodzeństwa, Styles wrócił do domu, żeby pomóc swojej mamie w wymianie mebli na nowe. 
Wracając. Podrzucona do domu przez Victora, podeszłam do drzwi i zaczęłam szukać kluczy w kieszeni. Irytując się co raz bardziej, usłyszałam samochód zatrzymujący się przed bramą. Odwróciłam się, po czym uśmiechnęłam, gdy zobaczyłam osobę wychodzącą z pojazdu.
- Co tutaj robisz? - Brunet wyciągnął z bagażnika kilka pudełek.
- Z tego co wiem, to masz zostać sama w domu, a ja na to nie pozwolę, więc jestem. - Podszedł do mnie, odwzajemniając uśmiech. 
- Czyj to był pomysł? - Mruknęłam otwierając drzwi, oraz wpuszczając go do środka.
- Mój, ale twój chłopak i reszta go poparli. - Odpowiedział, kładąc pudełka w kuchni. Pięknie pachnące pudełka, swoją drogą.
-I dlaczego ja nic o tym nie wiem? - Zadałam kolejne pytanie. Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Mieli Ci powiedzieć, ale najwyraźniej zapomnieli. - Odwiesił swoją kurtkę wieszak. Machnęłam ręką.
- Rozgość się, a ja pójdę wziąć prysznic i zaraz do ciebie wracam. - Oznajmiłam przyjacielowi i poszłam na górę. Gdy byłam pewna, że drzwi są zamknięte, a na piętrze nie ma nikogo prócz mnie, zdjęłam kurtkę. Skierowałam wzrok na swoją pokaleczoną rękę. Wróciłam do czegoś, do czego obiecałam sobie, że już nigdy nie wrócę. Czy Marcel wiedział? Tak, wiedział. Jakoś tydzień temu przypadkiem odsunął mi się rękaw i zauważył. Rozmawialiśmy dużo na ten temat. On obiecał nie mówić nikomu, a ja więcej tego nie robić. Oparłam swoje ręce o zlew, wzdychając. Podniosłam wzrok, spojrzałam w lustro. Nie byłam tą samą dziewczyną. Często zarywałam noce, więc miałam podkrążone oczy. Mój wzrok wyblakł i wyczytać można z niego było smutek, ból, bezradność, brak siły. Opuściłam trochę niżej wzrok, napotykając srebrną rzecz. Wzięłam ją do ręki przypatrując się. Przybliżyłam ostrze do ręki...
- Co ty do cholery robisz?! - Krzyknął Matt, wyrywając mi przedmiot z ręki, po czym wyrzucił go. Niekontrolowanie zaczęłam się trząść. Chłopak wziął mnie w swoje ramiona i przytulił z całej siły. Zaprowadził do pokoju, gdzie kontynuował czynność. 
- Nie możesz tego robić, nie możemy cię stracić, nie możemy... - Szeptał w moje włosy, aby mnie uspokoić. 
- Przepraszam. - Wyszlochałam w jego tors. Wiem, że muszę przestać. Jestem naprawdę głupia. Raniąc siebie, raniłam również bliskie mi osoby. Dopiero  Matt mi to uświadomił. Poczułam coś mokrego na swojej głowie.
- Matty, proszę nie płacz. - Wymruczałam.
- Nie mogę znieść myśli, że to robisz. Ja, Marcel, Hope, Victor, nawet Jannet nie potrafilibyśmy znieść myśli, że posunęłabyś się o krok dalej. - Fala płaczu wzrosła jeszcze bardziej, gdy to powiedział. Miał rację. Cholerną rację. Oni by bardziej ucierpieli. Pieprzona egoistka. Mówił mój umysł. 


***

- To wszystkie? - Zapytał, patrząc na mnie nieufnie.
- Tak. Jeśli mi nie wierzysz, możesz nawet przeszukać cały mój pokój i łazienkę. - Prychnęłam.
- Wolę mieć pewność. - Spakował wszystko do pudełka i zamknął, po czym wyrzucił do kosza. To koniec.


***

- Jesteśmy! - Zawołała mama wraz z moją siostrą z dołu. 
- Będę się zbierał. Jakby co, dzwoń. Telefon zawsze mam przy sobie. I pamiętaj. Koniec z tym. - Pożegnał się, gdy odprowadziłam go do drzwi.
- Wiem. Dziękuję. Za wszystko. - Przytuliliśmy się na pożegnanie i zamknęłam za nim drzwi. Weszłam do kuchni, w której mama przeglądała czasopismo. Vogue był jej ulubionym. Wertowała magazyn, szukając pewnie jakiegoś ciekawego artykułu.
- Coś się szykuje? - Oparłam się o futrynę. Podniosła głowę, a kilka jej brązowych kosmyków opadło na jej twarz. Moja mama była naprawdę piękną kobietą. Jej proste brąz włosy sięgały jej do łopatek. Końcówki włosów natomiast zakręcały się delikatnie w loki. Odpowiedniej wielkości usta, delikatne rysy twarzy i brązowe oczy, sprawiały, że wyglądała jak nastolatka. Nie raz już przypadkowi ludzie myśleli, że jesteśmy siostrami. Nie jesteśmy podobne, co prawda, ale wyglądało to tak, jakbyśmy były rodzeństwem. Kasztanowe oczy, okrywał wachlarz długich rzęs. Sylwetkę miała odpowiednią. Nie była za chuda, ani nie miała nadwagi, Jest jedną z tych osób, które wolą posiedzieć przed telewizją lub komputerem niż iść poćwiczyć czy pobiegać. 
- Tak, jutro przyjmuję pannę młodą i muszę się przygotować. - Oznajmiła, poprawiając włosy. Uśmiechnęła się w moją stronę. 
- Jak się czujesz? - Podeszłam do wysepki kuchennej.
- To raczej ja powinnam się Ciebie o to zapytać, nie sądzisz? - Zaśmiałyśmy się.
- Niby tak, ale ja Ciebie pytam. - Odpowiedziałam nadal się śmiejąc. Jej mina stała się poważna. - Więc jak?
- Usiądź. - Wskazała ręką krzesło naprzeciw niej. - Kilka dni temu byłam u lekarza. Moje... moje obawy potwierdziły się. Jestem... jestem w ciąży. - Ostatnie zdanie wyszeptała, a po jej policzku spłynęła łza.
-Ej, spokojnie. Nie płacz, mamo! Ciąża to nie choroba. Powinnaś się cieszyć. Płakać i martwić się to byś mogła gdybyś była chora na śmiertelną chorobę, a nie jesteś na jaką kolwiek chora. - Otarłam jej łzy i przytuliłam.
- Wiem. Po prostu boję się jak zareaguje twój ojciec. - Wytłumaczyła, uspokajając się.
- Myślę, że będzie się cieszył, że wkrótce na świat przyjdzie jego trzecie dziecko. - Powiedział ktoś za nami, a my gwałtownie się odwróciłyśmy. W miejscu, w którym wcześniej stałam ja, teraz stał mój tata. Wysoki, dobrze zbudowany, o miłych rysach twarzy, że tak go opiszę. Miał brązowe oczy, bardzo ciemno - brązowe włosy i zarost, który w niektórych miejscach już siwiał. Podszedł również do nas i przytulił mamę. 
- Zostawię Was samych. Porozmawiajcie na osobności, a ja pójdę spać. - Wyszłam spokojnym rokiem z kuchni. Będąc w pokoju, rzuciłam się na łóżko. 

Muzyka III

Gdy moja głowa spoczywała na poduszce, pod nią poczułam wibracje mojego telefonu i charakterystyczny dźwięk pzychodzącej wiadomości. Odszukałam urządzenie, byłam pewna, że to którejś z moich znajomych, lecz bardzo się pomyliłam.


(Tłum. Wiesz... w twojej obecnej sytuacji ona nie jest
bezpieczna. Chcesz ją chronić? Bądź grzeczna i wykonuj
moje polecenia.)


To jest jakiś cholerny żart! Niech to będzie sen. Proszę, niech to będzie kolejny koszmar, po którym obudzę się i wszystko będzie okej.

(Tłum. Co jeśli tego nie zrobię?)

(Tłum. Pożałujesz.)


Wstałam jak najszybciej z łóżka i podbiegłam do drzwi balkonowych, rozglądając się nerwowo. Pod jedną z jabłoni, której rosły poza naszą posesją, znajdowała się postać. Był to chłopak. Wysoki na metr osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt. Umięśnione ciało, wskazywało na to, że dużo ćwiczył. Każda część jego ubioru była koloru czarnego. Widziałam, że wpatrywał się we mnie, chociaż nie mogłam dostrzec jego twarzy. Wyciągnął rękę z kieszeni, po czym pomachał mi swoim telefonem. Aż czułam, jak jego wredny uśmiech pojawia się na twarzy.
- Rana, śpisz ju... - Do mojego pokoju wszedł tata, więc szybko zasłoniłam zasłony i odwróciłam się w jego stronę.
- Nie, jeszcze nie. - Potarłam dłonią tył karku.
- Chciałem porozmawiać. - Usiadł na łóżku.
- Okej. Porozmawiajmy... - Chwyciłam krzesło obrotowe stojące przy biurku i przysunęłam bliżej opiekuna. - O co chodzi?
- Pomówmy o tobie i Marcelu. - Rozpoczął, a ja już wiedziałam dokąd zmierza ta rozmowa, więc tylko uniosłam brwi, dając mu do zrozumienia, żeby kontynuował. - Mam na myśli... no wiesz.. czy wy... - Powstrzymywałam się od parsknięcia śmiechem.
- Nie, tato. Nie sypiamy ze sobą. - Dokończyłam. - Jesteśmy razem zaledwie trzy miesiące. To za wcześnie. 
- Dzięki Bogu... to znaczy. Wiesz, martwimy się z mamą i w ogóle. - Zarumieniony tata to naprawdę rzadki widok.
- Tak, wiem. - Przytulił mnie oraz pocałował w czoło na dobranoc. Gdy wyszedł tylko z pokoju, szybko zamknęłam drzwi. Wróciłam do drzwi balkonowych, które odsłoniłam, lecz nikogo już nie zauważyłam.
Historia zatacza koło?



*Marcel*



Otworzyłem oczy. Siedziałem na stołówce w szkole. Sam. Chwilę później przysiadło się do mnie kilka osób. Chris, Sasha, Maya, Taya, Tom, Jeremy oraz kilka innych osób, które znałem tylko z widzenia. Przy stoliku, przy którym od jakiegoś czasu siadałem z Raną, Hope, Victorem czy Mattem stało stoisko. Co tu się do cholery stało?!
- Jak było na treningu? - Zapytała blondynka, całując mnie w policzek. Fuj.
- Jakim treningu? - Odpowiedziałem totalnie zmieszany.
- Och, Marcel. Piłki nożnej. Przecież jesteś liderem. - Zdziwiła się. Pociągnąłem ją za rękę, wstając od stołu i kierując się w stronę schowka woźnego, z którym wiązało się kilka wspomnień. Zamknąłem drzwi i zapaliłem światło. - Teraz, powiedz. Co tu się do cholery stało?! 
- Co masz na myśli? - Skrzyżowała ręce i oparła się o ścianę. 
- Wszystko! Gdzie jest Rana, Hope, Victor albo Matt!? - Nie mogłem się powstrzymać. Najchętniej rozwaliłbym wszystko co się tutaj znajdywało.
- Oni? Nie pamiętasz? Matt siedzi za morderstwa, Hope popełniła samobójstwo, a gdy Victor się dowiedział też się zabił. A Rana... - Tłumaczyła. Głos stanął mi w gardle. Nie potrafiłem nic z siebie wykrztusić.
- A Rana, co? - Wszeptałem ledwo słyszalnie, patrząc w dół. 
- A Rana została porwana. Do dzisiaj nikt nie wie, gdzie ona jest. Minęło sześć miesięcy Marcel. - Cały mój świat legł w gruzach. Kawałek po kawałku. Dziewczyna wyszła z pomieszczenia. Upadłem na kolana i niekontrolowanie zacząłem płakać. To niemożliwe. Niemożliwe.
Obudziłem się w nocy zalany potem. To był tylko koszmar. Bardzo realistyczny koszmar.



*Narracja trzecioosobowa*



- Zabiję tego gnoja! Zabiję! - Krzyczał chłopak, a Tristan rozbawiony siedział na krześle i nic nie mówił. Stary magazyn to idealna kryjówka, nieprawdaż?
- Bez przesady, stary. - Ledwo powstrzymywał śmiech.
- Bez przesady? Bez przesady?! Trist, gdybyś nie zauważył czegoś podejrzanego przed jej domem to teraz by była martwa! - Brunet nie szczędził sobie gardła.
- Tak, tak, wiem. Chronisz ją za wszelką cenę i prawdopodobnie każdy w tym mieście wie, że lepiej z tobą nie zadzierać, ale z drugiej strony chcą zrobić Ci na złość i próbują jej coś zrobić. A On nie przewidział, że masz kogoś na boku, czyli mnie. Więc jesteśmy praktycznie na wygranej pozycji. - Powiedział.
- No niby tak. Dziękuję. - Przybili sobie żółwika, a Evans wyciągnął ze skrzynki dwie butelki napoju alkoholowego. - Dzisiaj tylko jedno. Muszę być w pełni trzeźwy.
- Masz rację. Ja w sumie też. Tylko ta jedna butelka i zbieram się. - W sumie, kto po tak ciężkim dniu nie chciałby się napić piwa. Brunet dowiedział się dzisiejszego dnia wielu rzeczy, których nie przewidział i teraz pora na improwizację, a jak to mówi nie zawsze się uda. Kończąc spotkanie Tristan zatrzymał się jeszcze na chwilę przy swoim samochodzie.
- To znaczy, że dzisiaj mam noc wolną? - Mruknął, przeciągając się ze zmęczenia.
- Tak. Tej nocy ja się zajmę wszystkim. - Przeładował broń i schował ją, odpowiadając.
- Jak coś, to dzwoń. - Wsiadł do wozu i odjechał w stronę mieszkania. 



*Rana*


Nie mogłam zasnąć. Wierciłam się z boku na bok. Nie potrafiłam tego dłużej znieść, więc wyszłam z łóżka, ubrałam bluzę, buty, zabrałam telefon i postanowiłam wybrać się na spacer. Cicho zamknęłam drzwi swojego pokoju, a później wyjściowe. Włożyłam słuchawki do uszu i przechadzałam się beztrosko ulicami, nie wiedząc co mnie czeka.


***


Jestem idiotką. Totalną idiotką! Po cholerę ja wybierałam się na ten spacer! Zabłądziłam, a dokładniej zawędrowałam w stare dzielnice Mystic Falls. Robiło się co raz zimniej, więc bluza już nie wystarczała. Chcąc zobaczyć, która godzina, wyciągnęłam telefon. Rozładowany. Zajebiście! Jeszcze to! 
- Mówię Ci, to było... - Usłyszałam nieprzyjemne głosy, tutejszych mieszkańców, po czym skręciłam w pierwszy lepszy zakręt. Droga do pierwszej lepszej kamienicy. Wysokie budynki "połączone" ze sobą były sznurami na pranie, które wisiały na wielkich wysokościach, a na wielu z nich ubrania. Obniżyłam wzrok i napotkałam kształty jakiegoś człowieka. Podeszłam bliżej, tak cicho jak tylko potrafiłam. Nałożyłam na głowę kaptur, przystanęłam na chwilę. Poznałam tego chłopaka. 


Stał, opierając się o stojący obok budynku samochód. Zaciągał się papierosem, na którego chwilę później ja też miałam ochotę. Dawno nie paliłam. Chciałam podejść bliżej, ale wątpiłam czy był to najlepszy pomysł. Odwróciłam się i chciałam się wycofać.
- Co tutaj robisz, księżniczko? - Zatrzymał mnie w pół kroku. Ponownie wykonała odwrót, lecz tym razem podeszłam bliżej. - Zabłądziliśmy, co? - Na jego twarz wskoczył wredny uśmieszek. Delikatnie pokiwałam głową, zgadzając się. 
- Przypadkiem. - Mruknęłam, przyglądając się papierosowi.
- Chcesz? - Zapytał wyciągając paczkę.
- Nie, dzięki. Nie tym razem. - Potarłam swoje ramiona. Tristan wyrzucił końcówkę i przygniótł butem.
- Chodź, odwiozę Cię. - Wskazał ręką na pojazd, który po chwili był w drodze do domu.


***


Zatrzymał się pod bramą. Zapadła krępująca cisza.
- Dziękuję. - Popatrzałam w jego stronę.
- Za co? - Zaśmiał się delikatnie.
- Za wtedy. I za dzisiaj. - Odwzajemniłam uśmiech. - Ale powiedz... skąd wiedziałeś, że coś mi się stanie? Skąd ty w ogóle mnie znasz? - Zadawałam pytania chcąc znać odpowiedź. 
- Rana, nie wtrącaj się. To nie są sprawy, o których powinnaś wiedzieć. Dzisiaj nie powinno Cię tam być. W każdej chwili coś może Ci się stać. Byłem kiedyś taki jak ty. Głupi i chciałem znać odpowiedź na te pytania. Uwierz mi, dopóki nie wiesz o niczym, jesteś bezpieczna. - Podniósł delikatnie głos
- Mogę Ci zaufać? - Wzniosłam wzrok przed siebie.
- Jasne, że tak. Jestem tutaj, po to, żeby Cię chronić. - Chwycił moją rękę.
- Ktoś... ktoś wysłał mi dzisiaj SMS.  - Pokazałam mu telefon. Zmarszczył brwi i przyjrzał się urządzeniu.
- Nie przejmuj się. Wpadnę do Ciebie jutro i powiem Ci, co masz robić. - Oddał mi telefon, który schowałam do kieszeni.
- Dobranoc. 
- Dobranoc, księżniczko.


***
*Cytat z piosenki Kiss Me Ed'a Sheeran'a.
** Tekst pochylony to wspomnienie, sen lub cytat z piosenki :)
ASJKFNLDISOFJPOSDIJFOSDIJFOSD 
WITAJCIE! Więc tak.
Dzisiaj mija 6 miesięcy od kiedy pojawił się pierwszy rozdział! ASILDFUDHASIFUHDS
Po drugie cholernie się cieszęęęęęęęęęęęęęę, bo teraz rozdział jest dłuższy i cudowny! :)
Po trzecie, pewna rzecz mnie dobija.
Pod rozdziałem 11, było DWANAŚCIE komentarzy, a pod 12 rozdziałem? Sześć. No dzięki. Obiecaliście, że będziecie komentować i w ogóle i tak trochę no zawiodłam się na was. Więc proszę nooooo :C 

KOLEJNA SPRAWA!
Tutaj o macie rodziców Rany :)
Holly Marie Combs jako Marie Higgins.


Jeffrey Dean Morgan jako John Higgins.

Także no :D
ZAPRASZAM NA ASKA, NA KTÓRYM MOŻECIE ZADAWAĆ PYTANIA CO DO ROZDZIAŁÓW :) 

I TO NA TYLE! :) PAMIĘTAJCIE NOOO O KOMENTOWANIU :C 

JEŚLI PRZECZYTAŁEŚ ZOSTAW
PO SOBIE KOMENTARZ.
BĘDĘ WDZIĘCZNA KAŻDEJ OSOBIE,
PONIEWAŻ BARDZO MNIE TO MOTYWUJE :)
RÓWNIEŻ BĘDZIE MI MIŁO, GDY BĘDZIE ON
DŁUŻSZY NIŻ TYLKO "CUDOWNY" ITD. C:
DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY KOMENTARZ!
PS. IM WIĘCEJ KOMENTARZY, TYM SZYBCIEJ
ROZDZIAŁY SIĘ POJAWIAJĄ. 
PS2. KOMENTUJ NAWET Z ANONIMKA
TYLKO PODPISZ SIĘ :) 

~Autorka. xx




niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział Dwunasty.



Ten rozdział jest 
kontynuacją poprzedniego.
Zapraszam.

EDIT: Rozdział dedykowany

mojej kuzynce, która
wspierała mnie przy pisaniu.

Muzyka I





*Rana*



Postanowiłam zejść na dół. Naciągnęłam szczelnie rękawy, aby rodzice nic nie zauważyli. Spoglądam po raz kolejny na zegarek. Jakim cudem jest 16.34? Przespałam i przepłakałam połowę dnia. Słońce powoli zachodziło, zmieniając swój odcień na co raz ciemniejszy. Podchodząc do drzwi wzięłam kilka głębokich wdechów. Pociągnęłam za klamkę, a drzwi ustąpiły pozwalając mi wyjść z pokoju. W całym domu było wyjątkowo cicho. Nawet nie było słyszeć telewizji, która zazwyczaj jest włączona. Stawiałam kolejno kroki na stopniach, aby znaleźć się na parterze. Ani jednej żywej duszy. Ruszyłam w kierunku lodówki, bo zazwyczaj tam zostawiamy sobie ważne informacje. Nic, pusto. Może to tylko sen? Wątpię. Gdyby to był sen, nie czułabym bólu, który przeszywał moją lewą rękę. Z kieszeni bluzy wyjęłam komórkę, po czym wybrałam kontakt zapisany jako Mama. Jeden sygnał. Drugi. Trzeci. Połączenie nawiązane.
- Tak, skarbie? - Zapytała. Całe szczęście.
- Gdzie jesteście? - W tle słyszałam wiele rozmów.
- U ciotki Sarah. Wrócimy za kilka godzin. - Wyprzedziła moje kolejne pytanie.
- A Alice? Zabraliście ją ze sobą? - Westchnęłam głęboko.
- Tak, jest z nami. Spałaś, więc nie chcieliśmy Cię budzić. Przepraszam. - Jak to mama, chce najlepiej dla każdego.
- Nie przepraszaj. Pewnie i tak nie chciałabym jechać. Pozdrów wszystkich ode mnie i bawcie się dobrze. - Tylko nie to. Kolejna fala płaczu. Kurwa.. nie teraz!
- Pozdrowię. Kochanie, jeśli nie wrócimy do 22.00 to spodziewaj się nas dopiero z rana. - Mogłam się tego spodziewać.
- Okey. Mogę zaprosić kogoś na noc? - Jestem w stu procentach pewna, że i tak zostaną tam na noc, więc nie mam nic do stracenia.
- Oczywiście. Przecież jesteś już pełnoletnia. - Odparła lekko zdziwiona.
- Tak, wiem. Jednak jest to wasz dom i wolę się zapytać. - Wiem, że ufa mi bezgranicznie, ale jestem człowiekiem, który woli być pewny niż później obrywać.
- Nie musisz. Ufamy Ci. - Rodziców mam wspaniałych, ale i tak często na nich narzekam...
- Dziękuję. Do jutra. - Mruknęłam będąc pewna, że zaraz się rozpłaczę.
Marcel. Zaproszę go. 
Czekaj.
Stop.
Mówił przecież, że jest u niego kuzynka...
Cóż. Zobaczymy. Zawsze mogę ją poznać.




*Marcel*


Siedziałem w pokoju, nudząc się wraz z Jannet. Zastanawialiśmy się, co moglibyśmy zrobić? Co prawda jest już praktycznie wieczór, ale nieważne. W pewnym momencie naszego lenistwa usłyszałem dzwonek telefonu. Mojego telefonu. Leniwie podniosłem się, aby podnieść urządzenie z szafki obok łóżka. Przesunąłem palcem po ekranie telefonu, a na moją twarz wskoczył uśmiech.
- Cześć słońce. - Powiedziałem, a moja kuzynka zaciekawiona od razu ożywiła się.
- Hej. Co robisz? - Coś w jej głosie mi nie pasowało. Sam nie wiem, co? 
- W sumie nic. Wraz z kuzynką zastanawiamy się, co robić. - Miałem cichą nadzieję, że będzie chciała się spotkać.
- Wiesz, jestem sama w domu. Rodzice wrócą dopiero jutro. Może wpadniecie na noc? - Wow. Sam się tego nie spodziewałem.
- Postaram się. Zadzwonię do Ciebie za chwilkę, okey? - Mimo, że kocham Jann jak siostrę to wolałbym, aby nie chciała iść. To samolubne z mojej strony, wiem.
- Dobrze. Kocham Cię. - Uwielbiam te słowa.
- Ja Ciebie też. - Zakończyłem rozmowę i położyłem telefon obok siebie, czując szykującą się rozmowę z dziewczyną.
- O co się postarasz? - Spojrzałem na dziewczynę znajdującą się naprzeciw mnie.
- Chciałabyś poznać moją dziewczynę? - Odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Jasne! Czyżby noc filmowa? - Ona z głowy. Teraz tylko muszę jakoś powiedzieć to mojej mamie.
- Tak. Ty się spakuj i przygotuj, a ja idę przekazać to mojej mamie. - Wstałem z łóżka i skierowałem się do wyjścia. Spokojnie Marcel, to nic złego. Zszedłem do salonu, a następnie usiadłem obok mamy. Wygodnie się rozsiadłem i położyłem nogi na stoliku, czyniąc to samo co kobieta. Ona, zdziwiona spojrzała na mnie i ściszyła telewizję. Gestem ręki, zachęciła mnie, abym powiedział to, co miałem do powiedzenia.
- Jest sprawa... - Skrępowany zacząłem się jąkać. To normalne, prawda?
- To zauważyłam. O co chodzi? Coś się stało? - Wdech i wydech. Dam radę.
- Bo wiesz... Chciałem Ci tylko powiedzieć, że nocujemy dzisiaj z Jannet u mojej koleżanki. To my idziemy, pa! - Już miałem zamiar uciec na górę, ale jej ręka zacisnęła się na moim rękawie, przywracając mnie z powrotem na sofę. Cholera.
- Jak to "nocujemy dzisiaj z Jannet u mojej koleżanki"? - Przebiegłem rękami to włosach.
- Normalnie? - Pozostało mi tylko udawać idiotę.
- Huh, no dobra. Tylko wróćcie jutro, dobra? - Miałem ochotę ją wycałować. Była cholernie wyrozumiała.
- Dobrze? - Zdziwiony wróciłem na górę i zadzwoniłem do Niej, aby potwierdzić nasze przyjście.



***

W drodze do Rany miałem wrażenie, że ktoś nas śledzi. Mimo tego, że dopiero dochodziła 18.00, a na zewnątrz dopiero zachodziło słońce byłem lekko zdenerwowany. Ulicę od naszego celu, usłyszałem dziwne odgłosy za nami, więc odwróciłem się. Nic dziwnego nie zauważyłem, więc najzwyczajniej w świecie, powróciłem do starej pozycji. Moja towarzyszka rzuciła mi zdziwione spojrzenie, ale nic nie powiedziała. 
- Dlaczego drżysz? - Potarłem jej ramię.
- Są dwa powody. Po pierwsze, jest mi zimno. Po drugie, trochę się martwię, że twoja dziewczyna mnie nie polubi. - Tłumaczyła, a ja miałem ochotę wybuchnąć śmiechem. Tak, to prawda. Jannet jest jak dziecko, szalona i nie martwi się o nic, ale gdy już zaczyna to jest to drobnostka.
- Słońce, posłuchaj. Na pierwszy rzut oka Rana wygląda na dziewczynę o nieciekawym charakterze, ale to tylko złudzenie. Jeśli poznasz ją bliżej, stwierdzisz, że jest niesamowitą dziewczyną.

- Wierzę Ci. - Przebiegła palcami po swoich włosach. Zdjęła gumkę z ręki i związała włosy w kitkę, wypuszczając kilka kosmyków. Chwilę później byliśmy pod odpowiednim drzwiami.




*Narracja trzecioosobowa*
- Co teraz robi? - Zapytał brązowo - włosy chłopak do telefonu, pakując bagaże do czarnego SUV'a
- Skończyła rozmawiać przez telefon ze swoim chłopakiem, a teraz coś przygotowuje. - Chłopak po drugiej stronie odparł obojętnie, a brunet na słowo chłopak poczuł delikatne uczucie w okolicach serca. Spokojnie. Podpowiadał mu rozum.
- Wyjeżdżam na weekend z miasta, żeby załatwić kilka spraw, Masz jej pilnować i chronić ją. Piszesz się? - Samochód wyjechał z podjazdu, kierując się w stronę centrum. 
- Co za to dostanę? - Jest takie powiedzenie "Nic nie jest za darmo". Najwidoczniej jest to prawda. A już na pewno w tym świecie.
- Nietykalność. - Mruknął.
- Dla Ciebie wszystko, szczególnie jeśli zapewniasz nietykalność. - Śmiech rozniósł się w pojeździe.
- Muszę kończyć. Będę dzwonił codzennie. Do zobaczenia. - Osoba zakończyła rozmowę i skupiła się na prowadzeniu.



*Rana*


Wszystko przygotowałam i zniosłam do salonu. Z wielkiej szuflady stolika, na którym znajdowała się telewizja, wyjęłam wiele plastikowych pudełek przechowujących płyty z filmami. Horrory, komedie, fantastyka i mnóstwo innych gatunków filmowych mieściła kolekcja mojej rodziny. Można powiedzieć, że jesteśmy fanatykami. Usłyszałam dzwonek do drzwi, który zwiastował gościa. Marcel i Jannet. Pobiegłam do drzwi i otworzyłam je. Zobaczyłam dwie postacie. Wysoki brunet i dziewczyna o niebieskich włosach.
- Wejdźcie. - Uśmiechnęłam się i wpuściłam obie osoby.
- Cześć, jestem Jannet. - Kuzynka mojego chłopaka podała mi rękę, a ja ku jej zaskoczeniu przyciągnęłam ją do siebie i przytuliłam.
- Ja jestem Rana. - Gdy odsunęłam się od niej, jej wyraz twarzy wyrażał zdziwienie. 
- Wiem, Marcel wiele o tobie mówił. - Zaśmiałam się i spojrzałam w jego kierunku.
-Jannet, fajnie, że poznałaś moją dziewczynę, ale czy teraz ja mogę się z nią przywitać? - Wziął mnie w swoje ramiona i mocno przytulił. Od razu lepiej się poczułam.
- Tęskniłam za tobą. - Wyszeptałam do jego ucha.
- Ja za tobą też, słońce. - Odparł całując moje czoło. Desperacko potrzebowałam jego bliskości, jak uzależniona osoba na pierwszych dniach odwyku.
- Chodźcie do salonu, tam wszystko jest przygotowane. - Zaprowadziłam moich gości do pokoju, w którym spędziliśmy kilka następnych godzin.



***

Śmialiśmy się, poznawaliśmy, oglądaliśmy filmy i jedliśmy. To były czynności, które wykonaliśmy jak na razie, w ciągu trzech godzin. Jeśli cała rodzina mojego chłopaka jest taka, jak Nett, to chcę ją poznać. Podczas kolejnej fali śmiechu, wyciągnęłam telefon i wystukałam kilka zdań na telefonie.

(Tłum. Najlepszy wieczór filmowy z @Jannet_1D i @MarcelStyles_! :D)

Chciałam schować telefon z powrotem do kieszeni, ale kilka sekund później dostałam powiadomienie.

(Tłum. @RanaHigginsOfficial Czemu mnie tam nie ma? :c)

Bez powodu zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej.

(Tłum. @HopeShelley Ponieważ jesteś w domu? :D)

(Tłum. @RanaHigginsOfficial Okej, kiedy się spotykamy? :D)

(Tłum. @HopeShelley Nie wiem słońce :c)

Po chwilowym uspokojeniu się, wyłączyłam telefon. Zauważyłam, że nasza kochana gwiazda przysypia, więc zaprowadziłam ją do mojego pokoju, gdzie chwilę później zasnęła. Czyżby wykończył ją śmiech? Całkiem prawdopodobne. Wróciłam do chłopaka, który oglądał zdjęcia leżące luzem w pudełku na stoliku. Oparłam się o futrynę, przyglądając się mu.
- Zmęczony? - Zwróciłam jego uwagę.
- Emm, w sumie to trochę. - Odłożył zdjęcie, które trzymał i podszedł do mnie, oplatając swoje ręce wokół mojej talii. Wtuliłam się w niego.
- Chodź.. - Chwyciłam jego rękę i skierowałam nas do gościnnego. Oboje położyliśmy się na łóżku, przykrywając kołdrą.




- Kocham Cię.. - mocniej przytuliłam się do niego.
- Kocham Cię. - Powtórzyłam. Jego serce było spokojnym rytmem, z czego mogłam wywnioskować, że zasnął. Leżałam dość długi czas w jego objęciach, gdy usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Delikatnie, nie budząc Marcela, wyswobodziłam się z jego objęć z niechęcią. Wychodząc z pokoju zabrałam ze sobą grubą książkę, w razie potrzeby obrony.


Uświadomiłam sobie coś.
Nadal nie złapali mordercy.
On mnie prześladuje.
Wszyscy śpią.
Jestem sama.
Zacisnęłam mocniej palce na książce. Szłam powoli, a rytm mojego serca z każdą sekundą się zwiększał. Wychyliłam się delikatnie zza ściany i pierwsze co zauważyłam to wybita szyba. Kawałek dalej stała wysoka, zakapturzona postać. Ręce zaczęły drżeć mi jeszcze bardziej niż kiedykolwiek, gdy osoba odwróciła się i zaczęła iść w moim kierunku. Nie reagowałam, dopóki ten ktoś nie wyciągnął noża. Rzuciłam się do ucieczki, lecz w połowie schodów poczułam ucisk na kostce. Uderzając całym ciałem o schody, cholernie mocno uderzyłam się w głowę. Włamywacz zaczął ciągnąć mnie w dół, a po moich policzkach zaczęły spływać łzy. W momencie, gdy chciałam krzyczeć, zasłonił mi usta. 
To koniec.
Umrę.
Zamknęłam oczy przygotowując się na jakikolwiek cios, jednak nie nastąpił on. Otworzyłam je z powrotem i zobaczyłam tę osobę, która chciała mnie zabić, leżącą na ziemi. Nieprzytomna. Spojrzałam w górę. Drugi chłopak.
- Co się.. - Nie dokończyłam.
- Nie ma za co. Będę leciał. - Powiedział przerzucając sobie nieprzytomnego przez ramię.
- Powiesz mi chociaż, jak masz na imię? - Mruknęłam, wstając i trzymając się za głowę.
- Tristan. - Odwrócił się i uśmiechnął. - Zobaczymy się jeszcze nie raz.
- Tristan.. - Powtórzyłam bardziej do siebie. Gdy Tristan wyszedł, zamknęłam wszystkie drzwi na zamek, następnie biegnąc do łazienki. Zatrzasnęłam drzwi i opuściłam się po nich.
Ile rzeczy się jeszcze wydarzy, żebym upadła psychicznie?



***
DOBRY WIECZÓR! Witam Was po cholernie długiej przerwie. CO SIĘ ZE MNĄ DZIAŁO? Zacznijmy od początku.
Mój komputer był cholerne dwa tygodnie w naprawie, co strasznie mnie zdenerwowało i zdołowało. Powiecie przecież "Mogłaś pisać na telefonie", niestety - to nie dla mnie.
Ten rozdział jest dla mnie bardzo ważny, bo wprowadza do opowiadania nową osóbkę - Tristana! Kim on jest i jaką rolę pełni, dowiecie się w kolejnych rozdziałach. Poniżej macie go :D 


Czyli, jeśli ktoś słucha UJ to wie kto to jest ^^. Baaaaaaaaaaaaaaaaardzo Was przepraszam, ale jestem jednocześnie dumna, że zaczęliście komentować :) PAMIĘTAJCIE! W komentarzach możecie zadawać pytania - ja na nie odpowiadam :)


KAŻDY KTO PRZECZYTAŁ
NIECH ZOSTAWI PO SOBIE KOMENTARZ.
DLA WAS TO CHWILA, A DLA MNIE
MOTYWACJA.
WIĘCEJ KOMENTARZY = CZĘŚCIEJ ROZDZIAŁY.
Możecie również reklamować bloga, jeśli chcecie :D To od was zależy :)



Do następnego,
~Autorka.